Zapraszamy do lektury listów naszych misjonarzy, pracujących w różnych krajach świata. Ich listy dają nam wyobrażenie o trudach, radościach i zmaganiach w ich misyjnej pracy. Niech będą także zachętą do modlitewnego wsparcia tych ludzi, którzy opuścili rodzinny kraj po to, by nieść Ewangelię Chrystusową na krańce ziemi.
MADAGASKAR - List Ks. Ludwika Wawrzeczki MSF, 20.04.2012 r.
MADAGASKAR - Wieści z Czerwonej Wyspy
PAPUA NOWA GWINEA - Pozdrowienia z Papui
PAPUA NOWA GWINEA - Szkoła katechetyczna w diecezji Mendi
PAPUA NOWA GWINEA - Pierwsze kroki w Papui
PAPUA NOWA GWINEA - Na terenie parafii Muli
BIAŁORUŚ - Kolejne duszpasterskie wyzwanie na Białorusi
MADAGASKAR - Pozdrowienia z południowej półkuli
CZECHY - Nabożeństwa majowe w kwietniu
PAPUA NOWA GWINEA - Synod Plenarny
MADAGASKAR - Kolejne wyzwanie
FRANCJA - W drodze na Madagaskar
NORWEGIA - Samotność jest trudna
BIAŁORUŚ - Jestem tu ponad 10 lat
PAPUA NOWA GWINEA - Dziękuję Panu Jezusowi
MADAGASKAR - Wspólne Boże Narodzenie
MADAGASKAR - Mój chrzest bojowy
MADAGASKAR - Światowe Dni Młodzieży na Madagaskarze
NORWEGIA - Rodzina musi być Bogiem silna
BRAZYLIA - Trochę prawdy o rodzinach brazylijskich
INDONEZJA - Portret rodzin indonezyjskich
CZECHY - Dvur Kralove
BIAŁORUŚ - Trudne zadanie
PAPUA NOWA GWINEA - Papuaskie chrzciny
NORWEGIA - Docierać do człowieka
NORWEGIA - Pierwsze kroki w Norwegii
MADAGASKAR - Niewiele brakowało
CHILE - Wielki Post
PAPUA NOWA GWINEA - Pierwsze wrażenia
PAPUA NOWA GWINEA - Marzenia się spełniają
PAPUA NOWA GWINEA - W „kraju rajskiego ptaka"
PAPUA NOWA GWINEA - Misyjne Tajemnice Światła
![]() |
Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!
Moi Kochani
Właśnie co przyjechałem do miasta na coroczne powielkanocne spotkanie u Biskupa. Jest dostęp do Internetu więc wypadałoby się odezwać i jest o czym pisać. Już na początku spotkania Biskup powiedział że są plany, aby po wakacjach parafię, w której pracuję, Beroroha, przejęli kapłani diecezjalni. Sto dwa lata temu był pierwszy chrzest w tym regionie; sześćdziesiąt lat temu przyjechali na Madagaskar Misjonarze z naszego Zgromadzenia z Prowincji Szwajcarskiej i Francuskiej; pięćdziesiąt lat temu powstała Diecezja Morombe na bazie Misjonarzy Świętej Rodziny; trzydzieści lat temu Polska Prowincja dołączyła się do budowy struktur kościelnych w południowo zachodnim zakątku Madagaskaru, co czyni do dnia dzisiejszego.
Budowanie Kościoła nie odbywa się tylko z wysokości ambony, chociaż "bez Boga ani do proga", ale także poprzez edukację (szkoły, warsztaty), opiekę zdrowotną (ośrodki zdrowia), zaplecze parafialne (kościoły, plebanie, salki); pomoc charytatywną, itd. Bierzemy udział we wszystkim, co pomaga temu ludowi w rozwoju swojego człowieczeństwa. I w ten oto sposób Diecezja Morombe staje na swoich własnych nogach, a takim przykładem namacalnym może być przyrost liczby kapłanów, w tym roku będzie święconych czterech nowych kapłanów i czterech nowych diakonów. I na tej to podstawie Biskup podjął decyzję o przejęciu jednej z parafii przez kapłanów diecezjalnych. I chyba wszyscy się z tego cieszą, że jest rozwój, Zgromadzenie może przerzucić swoich kapłanów w inny region, bo roboty jest nie do przerobienia. W Diecezji Morombe na dzień dzisiejszy jest nas prawie 30 księży, czyli tyle, co w Polsce na terenie jednego dekanatu.
Przyjąłem słowa Biskupa z łezką w oku, pokochałem bardzo moją parafię, spędziłem tutaj tylko cztery lata, ale wiele dobra udało się w tym czasie tutaj uczynić. Chyba taką pierwszą perełką jest 50 osobowa grupa dziecięca, która spotyka się raz w tygodniu, aby wspólnie się modlić, bawić, śpiewać, jak i też pracować. A kilka razy do roku przygotowuje koncert, tutaj w stacji głównej i na pobliskich wioskach. Drugą perełką jest Młodzieżowa Grupa Ewangelizacyjna, która kilka razy do roku szła z koncertami ewangelizacyjnymi na wioski te bliższe i te dalsze. Oczywiście grunt tej wspólnoty to cotygodniowa modlitwa. I do kompletu trzecia perełka: rozwój Kościoła na wioskach. Gdy zaczynałem tutaj pracą to było 9 wspólnot, które co niedzielę się modliły, na dzień dzisiejszy jest ich ponad 20 i liczba ta nie jest zamknięta, bo co miesiąc lub dwa w kolejnej wiosce zawiązuje się wspólnota modlitewna. Zazwyczaj zaczyna się od 3, 5 osób, a później w zależności od wielu czynników można spodziewać się rozwoju. Rozwój ten ma różne oblicza, zaczynając od pojawienia się kaplicy w danej wiosce, następnie przybywa liczba ludzi umiejących pisać i czytać, no i co raz częściej ludzie idą do lekarza a nie do czarownika itd.
I w tym momencie najprawdopodobniej przyjdzie mi odejść z tej parafii za pięć miesięcy. Chyba dopiero teraz zrozumiałem uczuciowy wymiar listów św. Pawła do wspólnot chrześcijan, które założył i poszedł dalej głosić Chrystusa, ale sercem ciągle był zatroskany o tych, których duchowo zrodził dla Boga i Kościoła. W języku malgaskim ksiądz to "Mompera" czyli mój ojciec i wszyscy tak mnie tutaj nazywają, czy ktoś się modli czy też nie, zawsze dla niego jestem Mompera. Gdy spotykam się z kimś nowym, który mnie jeszcze nie zna, to może się do mnie zwrócić "Vazaha" czyli biały, ale zaraz go inni poprawiają: "To nie Vazaha, ale Mompera". Teraz czuję się jak ojciec, który musi rozstać się ze swoimi dziećmi i z niepokojem zadaję sobie pytanie: Czy moje dzieci dadzą sobie radę beze mnie? Na ile związałem ich ze sobą, a na ile z Chrystusem? Grupy: dziecięca i młodzieżowa ze stacji głównej ufam, że dadzą sobie radę, już są kształtowane od czterech lat i zawsze będą mogły liczyć na pomoc kapłana, który mieszka tutaj na miejscu. Trochę inaczej patrzę na Kościoły na wioskach, te wspólnoty zahartowane idą już swoim torem i tam nie będzie większych zawirowań, ale co z tymi, które dopiero co powstały, które dopiero uczą się modlić Ojcze nasz, Zdrowaś Maryjo, już nie mówiąc o pieśniach czy też prowadzeniu modlitwy niedzielnej bez kapłana. Ciągle trzeba przypominać, że niedziela dla chrześcijanina jest dniem innym niż sobota czy poniedziałek. Tutaj drży moje serce ojcowskie, czy moje dzieci podołają nowym wyzwaniom.
Na moje miejsce przyjdą kapłani malgascy. Dobre chłopaki, mają o wiele więcej talentów niż ja, chociażby znajomość języka czy kultury malgaskiej od podszewki. Ale bardzo się różnimy mentalnością, chociażby podejściem do pracy, nam jak coś nie wyjdzie to zaczynamy od nowa, a oni bardzo szybko się zniechęcają, są niesystematyczni, niesłowni. Po prostu kultura malgaska różni się od naszej polskiej, zahartowanej w ogniu walki. I boję się, że nie wystarczy im dość zapału, aby iść kilkadziesiąt kilometrów do wioski tylko po to, by spotkać się z kilkoma czy kilkunastoma osobami, którzy raz przyjdą, raz nie przyjdą. Troszkę z niepokojem patrzę na przyszłość tych kilkunastu wiosek. Dużą pomocą w modlitwie jest posiadanie własnej świątyni. Właśnie skończyliśmy jeden kościółek i przygotowaliśmy się do budowy kolejnego. W programie była budowa kilkunastu kaplic, ale rozłożona na kilka lat. W tym momencie zostało mi tylko pięć miesięcy. Nie wiem jak sprawa się potoczy dalej, ale chciałbym podkręcić śrubę przyśpieszenia do maksimum, aby przed moim odejściem z tego regionu powstało jak najwięcej kaplic, czyli dwie, albo trzy, może cztery to zależy od wielu czynników. Czy się uda czy nie, oddaje to w ręce Boże.
Polecamy się Waszej modlitwie. A ja sam często się modlę, dziękując Bogu za każdą dobrą duszę.
Niech Was Pan błogosławi i strzeże.
x. Ludwik Wawrzeczko MSF
20.04.2012 r.
![]() |
Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!
Serdeczne pozdrawiam z „jesiennego" Madagaskaru, gdzie właśnie kończy się pora deszczowa i przyroda powoli zaczyna się kłaść do „zimowego” snu. Dotyczy to szczególnie trawy, która wysycha i nasz region bardziej przypomina wyschniętą sawannę niż bujną dżunglę. Ale np. kunazi (dzikie śliwki malgaskie) owocują tylko w porze suchej.
Za to, póki co, bez względu na pogodę w Manja (czyt. Mandża), małym miasteczku gminnym, mamy trzy Kościoły chrześcijańskie: katolicki, luterański i anglikański i około dziesięciu sekt pochodzenia chrześcijańskiego oraz dwa odłamy muzułmańskie. Ponadto nie brak i takich mieszkańców, którzy nadal składają w ofierze kury swoim zmarłym przodkom pod świętymi drzewami.
Oczywiście, w tej specyficznej symbiozie, jak przystało na uczniów Mistrza z Nazaretu, staramy się też żyć duchem ekumenicznym. Wykorzystujemy do tego każdą okazję, np.: mecze drużyny młodzieży katolickiej przeciw drużynie młodzieży luterańskiej w koszykówkę, wspólne modlitwy w Tygodniu Modlitw o Jedność Chrześcijan, 29 marca - w święto narodowe ku czci bojowników malgaskich poległych w walce o niepodległość z kolonizatorem i w lipcu, z okazji święta Odzyskania Niepodległości. Ale najbardziej przejmujące i spontaniczne wydało się być spotkanie ekumeniczne z okazji Dnia Kobiet, 8 marca. Tego dnia kobiety wszystkich wyznań wypełniły kościół „po brzegi”, a towarzyszyło im tylko trzech mężczyzn: pastor luterański, pastor anglikański i ksiądz katolicki. Dziękuję Panu Bogu za tę przytłaczającą większość kobiet na nabożeństwie, bo Kościół bez kobiet, na Madagaskarze czy w Polsce, wyglądałby jak rok bez wiosny...
Niech Zmartwychwstały Pan Wam błogosławi. Dołączam serdeczne pozdrowienia od ks. Bernarda Goworka MSF
Ks. Ludwik Wawrzeczko MSF, Manja -
Madagaskar
![]() |
Przed Świętami miałem trochę więcej pracy: cały tydzień spowiadaliśmy w naszym dekanacie tylko we trzech. Dwa dni pomagali nam inni księża. Spowiadanie nie było takie ciężkie, ale dojazd do niektórych miejsc fatalny. Jednego razu popsuł się nam samochód i z ks. Kazikiem Świderskim MSF musieliśmy iść piechotą po terenie, gdzie kilka lat temu była wojna plemienna i spalono całą misję. Przez półtorej godziny wędrówki nie spotkaliśmy żadnego Papuasa. Okazało się, że oni teraz tej drogi nie używają, bo chodzą swoimi skrótami. Po spowiedzi, naprawionym samochodem wróciliśmy do głównej stacji.
Dorywczo pomagając w Jalibu, więcej czasu spędzam w Muli. Tu waśnie przeżywałem mój pierwszy Wielki Tydzień wśród Papuasów. Ostatnie przygotowania do Liturgii omówiłem z katechistą, a ministrantom tłumaczyłem przed rozpoczęciem ceremonii. Mieliśmy nawet kadzidło! Wszystko odbyło się spokojnie, bez nerwów. Dla mnie było to wielkie duchowe przeżycie.
Liturgię Wielkiego Czwartku i Piątku sprawowałem o 16.00 Paschalną chciałem rozpocząć o 19.00, ale wielkie ognisko rozpalono dopiero o 19.50. Liturgia trwała do 23.00. Udzieliłem kilkunastu chrztów, od małych dzieci po nastolatków, jednego Sakramentu Małżeństwa i kilku I Komunii. Większość Liturgii śpiewałem, chociaż byłem lekko przeziębiony. Papuasi też śpiewali, zrobili procesję, czytaliśmy wszystkie czytania. Na koniec moim wiernym złożyłem świąteczne życzenia i udzieliłem im błogosławieństwa.
Niedziela Wielkanocna: Rezurekcję mieliśmy o 6.00 - procesja po jednej drodze w Muli i z powrotem. Msza św. o 8.00. Drugą Mszę św. miałem w odległej wiosce. Zajechałem najpierw do Jalibu, zjadłem tam śniadanie i pojechałem dalej. Droga zajęła mi ponad godzinę. Towarzyszył mi młody Papuas - tak dla eskorty, bo nigdy nie wiadomo co się może stać na drodze. Ludzie we wiosce oczekiwali już na Liturgię. Po Mszy św. trzeba było wracać do Jalibu. Droga powrotna upłynęła nam spokojnie. W strugach deszczu, ale szczęśliwie dotarliśmy do domu.
Wieczorem mieliśmy wspólną kolację z siostrami zakonnymi. Dołączyli do nas jeszcze dwaj polscy księża diecezjalni, pracujący w naszym dekanacie. We wtorek, odwożąc Brata Mariana Kłodzińskiego MSF na lotnisko, pojechaliśmy do domu zakonnego w Goroce. Dzięki Bogu nie było żadnych przeszkód na drodze. Trochę odpoczynku i kapituła domowa: wybieraliśmy wicerektora naszej wspólnoty zakonnej. Za kilka dni czeka mnie powrotna droga, zawsze pełna niespodzianek.
Dziękuję za pamięć w modlitwie i wszystkich serdecznie pozdrawiam.
Ks. Mirek Puchacz MSF, Muli-Jalibu PNG
![]() |
Kiedy 9 lat temu wyjeżdżałem na misje do Papu Nowej Gwinei wydawało mi się, że dużo wiem o misjach i o samej Papui. No, ale... to mi się tylko wydawało. Życie i rzeczywistość dość szybki zweryfikowały moje „wydawało się”. Mówi się, że jedziesz na misje „nauczać” ludzi. To prawda. Ale w moim przypadku to wyglądało chyba inaczej, bo to Papuasi mnie wiele nauczyli i uczą. nadal. Nie wiem, czy to tylko ja jestem taki „niedouczony”? Chyba tak, skoro mój biskup Steven wsadził mnie z powrotem do szkoły. Niby jestem tam dyrektorem i mam pod opieką 52 katechistów, ale tak po prawdzie, to Biskup dał mi 52 nauczycieli, żeby w końcu czegoś mnie nauczyli i żeby coś ze mnie wyrosło. Chciałbym Wam, moi Kochani, opowiedzieć trochę o naszej Szkole Katechetycznej w diecezji Mendi.
Tajemnica i siła Kościołów misyjnych tkwi we współpracy misjonarzy ze świeckimi. Nie ma mowy o jakiejkolwiek pracy, jeśli nie ma wsparcia od ludzi. Gdziekolwiek przybywali misjonarze, czy to była Afryka czy Azja czy Papua, czy to było 100 lat temu czy tylko 9, pierwsza sprawą było znalezienie współpracowników, ludzi, którzy znają teren, znają język, znają mentalność i zwyczaje tubylcze. Ludzi, którzy wiedzą co i jak, i kiedy powiedzieć. Tacy ludzie stawali się najbliższymi współpracownikami misjonarzy. To oni pierwsi przyjmowali chrzest, to oni pierwsi dawali swoim życiem świadectwo, że są chrześcijanami, że ich życie jest inne, że wierzą w prawdziwego Boga. To oni swoim przykładem przyciągali innych do przyjęcia chrztu. To w końcu z takich ludzi misjonarze później wybierali „katechistów”. Na Papui Nowej Gwinei było i jest podobnie. Nawet jeden z nich, Peter To Rot z Rabual, za świadectwo życia z Jezusem i za swoją męczeńska śmierć został ogłoszony przez papieża Jana Pawła II błogosławionym. Jak na razie jest to jedyny błogosławiony z Papui Nowej Gwinei.
Historia Kościoła Katolickiego w Southern Highlands (to teren obecnej diecezji Mendi) rozpoczęła się nie tak dawno. Francuski zakonnik O. Alexis Michellod MSC ze zgromadzenia Misjonarzy Najświętszego Serca Jezusa przybył do Mendi 9 września 1954 roku i tego samego dnia odprawił tutaj pierwszą Mszę Świętą. Była to pierwsza Msza Święta tutaj w górach Papui Nowej Gwinei Ciekawostką jest, że O. Alexis żyje jeszcze i przebywa obecnie we Francji. O. Alexis przetarł pierwsze szlaki dla OO. Kapucynów, którzy objęli posługę misyjną w Mendi. Zaczynali wszystko od początku. Wielką pomocą dla nich byli właśnie katechiści. Początkowo byli to katechiści z Simbu, sąsiedniej diecezji, gdzie chrześcijaństwo dotarło wcześniej. Później trzeba było rozejrzeć się za nowymi katechistami już z naszych terenów. Dla nich powstała pierwsza szkoła katechetyczna taka z prawdziwego zdarzenia w Erave. Właściwie to była wioska katechetyczna. Kandydaci na katechistów przychodzili z całymi rodzinami. Każda rodzina miała swój domek i kawałek ziemi na ogród. Dzieciaki miały swoją szkole. Tato, bo to głównie mężczyźni byli katechistami, też szedł do szkoły na nauki. Mama też miała klasy szycia, gotowania i doglądania domu. Szkoła trwała trzy lata. Różnie to bywało w tej szkole. Były lata dobre i spokojne, ale były też i problemy. Czasami szkoła była zamknięta na kilka miesięcy albo nawet na kilka lat. Szkoła przechodziła różne przemiany, tak by jak najlepiej dostosować ją do wymogów czasu i potrzeb, jakie miała diecezja. Ostatnie lata funkcjonowania szkoły to były roczne kursy tylko dla katechistów. Ostatecznie szkołę katechetyczną w Erave zamknięto w 1991 roku. Od tego czasu formacja katechetów ograniczała się głównie do comiesięcznych spotkań z misjonarzem albo siostrą zakonną. Spotkania te trwały różnie. Czasami był to tylko jeden dzień czasami dwa albo trzy. Bywało też tak, że dana parafia czy teren misyjny nie miał proboszcza a księża, którzy dojeżdżali nie mieli czasu na te spotkania. Czasami sami katechiści byli zbyt leniwi, żeby przyjść i zostać na kilka dni. Czasami katechista odchodził ze swojej stacji, bo jechał na wybrzeże na plantacje, by coś zarobić. Czasami się pokłócił z ludźmi i go wyrzucili. Wtedy trzeba było szukać nowego kandydata. Z nowym zaś był problem, żeby go przygotować do tej pracy. Chęci to miał, ale z wiedzą było trochę gorzej. Albo te jego chęci wystarczyły tylko na dwa miesiące i koniec. W naszej diecezji mamy ponad 360 kościołów. Każdy kościół to wspólnota, na czele której jest właśnie katechista. No więc mówimy tutaj o 360 katechistach! Na naszych spotkaniach z Biskupem często powtarzał się ten sam temat: co tu zrobić z naszymi katechistami? Jak umocnić ich wiarę? Jak im pomóc by ich przepowiadanie Słowa Bożego przynosiło jakieś owoce? Jaki mają mieć status we wspólnocie? Itd. itd. Uczyli mnie w szkole, że Duch Święty kieruje Kościołem. Zawsze to przyjmowałem jako fakt oczywisty i właściwie się człowiek nad tym tak bardzo nie zastanawiał. Tutaj na Papui widać jego działanie. Nie tylko wiem, że On działa, ale nawet WIDZĘ na własne oczy to, jak On działa. Powoli, i z Bożą mądrością Duch Święty kierował nas i po swojemu podpowiadał, co trzeba zrobić.
Jak najlepiej w naszej papuaskiej rzeczywistości odpowiedzieć na te pytania o katechistach? Święty Paweł potrzebował „upadku z konia” w drodze do Damaszku, by dowiedzieć się, co ma dalej robić... Nam na szczęście wystarczyły szczere rozmowy. Ostatecznie padła propozycja, żeby otworzyć znowu szkołę dla katechistów. Czasy się zmieniły i szukaliśmy nowych rozwiązań na te nowe wyzwanie. Szkoła w Erave powstała w latach 60-tych i obecnie jest to niemożliwe, żeby wrócić do tego samego systemu. Na tamte czasy to było najlepsze rozwiązanie. Teraz w roku 2006, trzeba czegoś innego. Oj, musiał się trochę napracować Duch Święty w naszych głowach i sercach, żeby powstała nowa szkoła. Najpierw szukali kogoś, kto się tym zajmie. Współbracia chyba widzieli, że jestem niedouczony, ale Duch Święty pozwolił sobie na małe szaleństwo... no i padło na mnie!
Dyskutowaliśmy później nad miejscem wybudowania szkoły. Ostatecznie padło na Mendi. Jest to centrum prowincji i naszej diecezji, więc chyba taki „złoty środek” jest najlepszy. Swoją pomoc zgłosiły lokalne siostry zakonne FMI. Pomagają w prowadzeniu lekcji i w kuchni. Gotują przepysznie! Dużo czasu zajęło przygotowanie programu dla katechistów. Jak będzie wyglądał plan dnia? Czego powinni się uczyć katechiści? Czy katechiści powinni przyjść z całymi rodzinami? Czy będą w szkole przez cały rok, czy może powinni wrócić do swojej wioski na jakiś czas? A co z domami i ogrodami, które zostawią u siebie we wiosce? Co zrobić z dziećmi? Dużo mieliśmy takich pytań. Duch Święty tak tym znowu pokierował, że mogliśmy Biskupowi i współbraciom przedstawić propozycje funkcjonowania szkoły katechetycznej. Po drobnych poprawkach nie pozostało nic innego, jak rzucić się w wir pracy. Rozpoczęliśmy zaraz po Wielkanocy w 2004 roku. Brat Bonni, kapucyn, ze swoją ekipą budowlaną ruszył do stawiania budynków. Potrzebowaliśmy internatu na 28 łóżek, dwóch sal lekcyjnych, kuchni i jadalni, kaplicy i biura, prądu i wody...
Połowę pieniędzy otrzymaliśmy z diecezji, a połowę z niemieckiej organizacji „Missio”. Kolejny etap, to tzw. „screening program”. Zaprosiliśmy kilkudziesięciu katechistów, by sprawdzić, co potrafią, jak się zachowują, jak się modlą itd. Miał to być taki „egzamin wstępny”. Tylko, że ten „egzamin” trwał 5 tygodni. W sumie mieliśmy trzy grupy po 35-40 katechistów każda. Wybranych zostało 52 kandydatów z całej naszej diecezji. Podzieliliśmy ich na dwie grupy-klasy. Gdy pierwsza grupa jest w szkole przez 6 tygodni, grupa druga jest w domu i później zmiana. W ciągu roku każda grupa będzie w szkole trzykrotnie przez 6-7 tygodni. Dodatkowo dwa razy w roku będziemy mieli tygodniowe kursy szkolne dla żon katechistów. Budowa szkoły szła zgodnie z planem i w styczniu 2005 pierwsza grupa rozpoczęła zajęcia. Początki, jak wszędzie chyba, zawsze są trudne, ale pierwszy rok mamy już za sobą i w styczniu 2006 rozpoczęliśmy kolejny!. Spośród 52 kandydatów pozostało tylko 48. W 2007 roku odbędą się lokalne wybory do Rządu. W czasie wyborów trudno jest cokolwiek zrobić, więc planujemy zakończyć szkołę jeszcze przed wyborami. A później... nowa grupa, kolejne 52 osoby rozpoczną swoją naukę.
Przyszli katecheci mają w szkole czas na naukę, modlitwę i pracę. Codziennie rano o 6.30 jest modlitwa poranna, rozmyślanie i Msza Święta. Po śniadaniu godzina pracy i wykłady. W południe odmawiamy różaniec, później obiad, trochę wolnego i znowu jeden wykład. Jest też pół godziny na czytanie Pisma Świętego. Przed kolacją mamy godzinną adorację Najświętszego Sakramentu. Wieczorem jeszcze trochę nauki i odpoczynek.
Minął pierwszy rok funkcjonowania szkoły katechetycznej. Jest za co Panu Bogu dziękować. W naszych modlitwach pamiętamy o tych wszystkich, którzy wspierają naszą szkolę. Utrzymanie jej trochę kosztuje, a nadal nie mamy kaplicy z prawdziwego zdarzenia. Miejsce już jest przygotowane, tylko trochę krucho z funduszami. Ale skoro Duch Święty tak nas do tej pory prowadził, to mam nadzieję, że i w tej sprawie ześle nam pomoc. Pamiętajcie też i o nas w swoich modlitwach.
Ks. Dariusz Kałuża MSF, Mendi - PNG
![]() |
Przesyłam pozdrowienia 15 tys. km od Polski. Piszę ten list l listopada – tu jest godzina 21, a u Was 14. Może jesteście na cmentarzu? Dzisiaj o godz. 10 odprawiłem Mszę św. za zmarłych w Polsce. Czas biegnie do przodu! Z ks. Mirosławom Puchaczem MSF odlecieliśmy z Okęcia 4 września. Nasza trasa lotu samolotem wiodła przez Zurich do Bangkoku, gdzie był postój, dalej do Singapuru. Z Singapuru liniami lotniczymi Papui Nowej Gwinei do stolicy kraju, Port Morseby. Stamtąd małym samolocikiem odlecieliśmy do Goroki. Tam oczekiwali nas współbracia. Mimo zmęczenia długą podróżą, już na drugi dzień nastąpił wyjazd do naszego drugiego domu na jubileusz 50-lecia chrześcijaństwa w górskiej diecezji Mendi.
Uczestniczyliśmy we Mszy świętej, celebrowanej przez biskupa (amerykańskiego kapucyna). Uroczysta Eucharystia trwała ponad trzy godziny (śpiewanie, tańce procesyjne i klaskanie). Po raz pierwszy jadłem potrawę zwaną „mumu” – z tej okazji zbito ok. 100 świń. Świąteczne jedzenie przygotowywane jest na rozpalonych kamieniach, które kładzie się na spód wykopanego dołu, przykrywa się je liśćmi bananowymi, a na to kładzie się mięso ze słodkimi ziemniakami oraz warzywa i ponownie przykrywa się liśćmi. Kopiec zostaje polany wodą i przykryty ziemią. Wszystko zaczyna parować. Po trzech godzinach można podawać do stołu... Jedzenie smakowało i żołądkowych problemów nie miałem.
Kolejnym etapem poznawczym tego pięknego kraju był krótki pobyt nad Pacyfikiem - trochę relaksu w tropiku się przydało, bo obaj z ks. Mirkiem będziemy pracować w górach, gdzie klimat jest umiarkowany a noce bywają nawet zimne. Po powrocie do Goroki, gdzie będzie mój stały pobyt, udałem się do Namty, 20 km od Goroki. To moja placówka, gdzie będę duszpasterzował. Mieszkańcy Namty przywitali mnie bardzo gorąco.
Teraz jestem w Mingende (diecezja Chimbu), gdzie uczę się języka pidgin. 30 października wróciłem z dwutygodniowego pobytu w buszu. Ostoją w moich pierwszych krokach życia misyjnego są dzieci, towarzyszące mi prawie wszędzie. One są niesamowite! Podczas procesji z figurką Matki Bożej po górskich stokach i przez liczne rzeki, mocno trzymały mnie za ręce, abym się nie przewrócił... To one zaopatrywały mnie w różne owoce i cieszyły się, że wszelkie odmiany bananów zjadałem z apetytem. Miałem okazję odwiedzić 40 starszych ludzi z sakramentem namaszczenia chorych. Cieszyli się, gdy wchodziłem do chat (bez okien, na środku ognisko). Odmawialiśmy wspólnie Różaniec a jako „agape” jadłem z nimi słodkie ziemniaki – „kaukau”, opowiadając przy tym o Polsce. Mam za sobą pierwsze wysłuchane spowiedzi, chrzty, jedną I Komunię i kazania. Wciąż się uczę żyć wśród Papuasów. Wielką niespodziankę sprawiłem dzieciom, obdarowując je cukierkami - ale była radość.
Po upływie kilku tygodni, a teraz już miesięcy, czuję się tutaj potrzebny. Powoli przyzwyczajam się do braku telefonu, internetu, telewizji czy codziennej prasy. Owszem, tutaj do większych miast powyższe zdobycze cywilizacji też dotarły, ale w górskim buszu jest inny świat, gdzie czas jakby się zatrzymał sto, a może więcej lat temu. Noce pod ,,Krzyżem Południa” trwają 12 godzin przez cały rok. Zwykle na początku każdej nocy, w porze suchej, wspaniały koncert dają świerszcze. W takt ich symfonii serdecznie Was pozdrawiam.
Ks. Krzysztof Stachowiak MSF, Mingende -
Chimbu, PNG
![]() |
Wielki Post to czas modlitwy i nawrócenia. W czasie odwiedzin kilkunastu wiosek postanowiłem poświęcić więcej czasu sakramentowi pojednania. Byłem pełen entuzjazmu. Uczyłem ludzi jak się spowiadać, żeby spowiedź była dobra, owocna. Pisałem na kartkach przebieg spowiedzi, przygotowywałem rachunek sumienia, przekonywałem, że trzeba zaufać Jezusowi. Czerpałem z własnego doświadczenia (sam staram się dobrze wyspowiadać każdego miesiąca), dałem ludziom możliwość spowiedzi na początku Wielkiego Postu i przed Wielkanocą. Byłem bardzo zadowolony ze swojej pracy, parafianie zresztą też, tyle że oni po Wielkanocy wszystko zapomnieli...
Liturgia Triduum Paschalnego i Zmartwychwstania Pańskiego w górskich diecezjach Papui Nowej Gwinei nie ma bogatej rodzimej tradycji. Jednak ceremonie nawet gdzieś w głębokim buszu pulsują radosnym przeżywaniem wiary np.: podczas adoracji Krzyża w Wielki Piątek czy pieczołowitym przygotowywaniu Liturgii Słowa Bożego, ogniska i bogatego zdobienia naczyń na wodę chrzcielną. Mimo częstych waśni i zadr między plemionami, w okresie Wielkiego Postu w sercach ludzi płynie tęsknota za pojednaniem i pokojem, który daje Pan. Dowodem tego są liczne spowiedzi. Owszem brakuje mi nastroju przeżywania Triduum „po polsku”, ale mam nadzieję, że ten „brak” to moja mała ofiara dla Jezusa, aby Papuasi żyli Ewangelią Chrystusa nie tylko w czasie Triduum Paschalnego.
Po Wielkanocy mieliśmy biskupa w parafii. Przyjechał na poświęcenie tzw. Prayer Center (Centrum Modlitwy), które powstało w jednej z wiosek. Miejsce bardzo ładnie położone, w dolinie. Na zboczach góry jest właśnie owo miejsce modlitwy. Ludzie sami nadali temu miejscu bardzo piękną nazwę: Wzgórze Maryi. Mam nadzieję, że na tym się nie skończy i naprawdę będzie to miejsce modlitwy.
Serdecznie pozdrawiam Przyjaciół misji w Polsce i proszę o modlitwę!
Ks. Adam Samsel MSF, Muli - PNG
![]() |
Na Białoruś przyjechałem 21 grudnia 1990 roku. Ks. bp Kondrusiewicz skierował mnie do pracy w Narowli i Gruszowce, ok. 50 km od Czarnobyla. Pracowałem tam 12 lat. To nie był łatwy czas. Jednak z ludźmi, których tam spotkałem i pokochałem całym sercem. zbudowałem dwa kościoły. Martwi mnie fakt, że w tamtym rejonie Białorusi ubywa ludzi. Starsze pokolenia wymierają. Młodzi, w obawie przed skutkami promieniowania, boją się tam osiedlać.
Na własną prośbę (kłopoty zdrowotne) zostałem przeniesiony na teren diecezji Minsko-Mohylewskiej, do Fanipola, l5 km od Mińska. Niestety, przez rok czasu nie mogłem sprawować funkcji duszpasterza, gdyż tutejsze Ministerstwo ds. Religii ni wydało mi „sprawki” (pozwolenia), bez której nie wolno mi było publicznie sprawować Mszy św.Po roku oczekiwania „sprawka” została nadesłana do Ks. kard. K. Świątka, a on ze swojej strony natychmiast przesłał mi dekret, który zezwalał na pracę duszpasterską.
Powstały kolejne bariery! Mimo posiadania gotowego planu budowy kościoła i plebanii w 2004 roku, plac przeznaczony na budowę został samowolnie zajęty przez miejscowych ludzi (prawosławni). Wybudowali oni na tym terenie piwnice-ziemianki dla przechowywania warzyw. Przy pomocy łaski Bożej i ludzi dobrej woli z Fanipola, przy wsparciu Kardynała Kazimierza Świątka i lokalnego księdza biskupa Antoniego Dziemianko, te trudności udało się, pokonać. Jestem świadkiem „pękających lodów" między lokalnymi władzami a katolikami i ufam, że na tej ziemi - umęczonej, przesiąkniętej krwią represji ze strony komunizmu, na ziemi, która zaczyna być żyzną glebą miłości do Boga - zasiane ziarno wyda dobre owoce. Po dwóch latach „biurokratycznych" zmagań czekamy jeszcze na dokument od władz, upoważniający nas do budowy kościóła i plebanii.
Raduje się moje serce, że miejscowi katolicy są przywiązani do „betlejemki” - tak nazywają swoją kapliczkę pod wezwaniem Najświętszych Serc Jezusa i Maryi. Na dwóch niedzielnych Mszach św. uczestniczy około 50-70 osób. W tej grupie ludzi nie brak też prawosławnych. Na przestrzeni dwóch lat udzieliłem 15 osobom chrztów, 20 przyjęło I Komunię św. (większość z nich to osoby w średnim wieku). Po uregulowaniu kilku małżeństw prawosławno-katolickich pobłogosławiłem 12 par małżeńskich.
Pragnę podziękować moim władzom zakonnym za wspomaganie tego dzieła. Dziękuję również Ks. Krzysztofowi Bukowskiemu MSF - rektorowi z Dzierżyńska i pozostałym Współbraciom na Białorusi za dodawanie mi otuchy w trudnych chwilach.
Ks. Stanisław Sałata MSF, Fanipol -
Białoruś
![]() |
(...) Już były pierwsze deszcze, ale ja jeszcze przedarłem się do Morombe, żeby wysłać mails, za parę dni będę odcięty od świata tzn. nie będę mógł się ruszać samochodem, ale furmanka ciągnięta przez woły i na pieszo można zawsze (ale to jest ok. 80 km).
W mojej nowej stacji Ankiliabo jest bardzo fajnie tzn. przyroda, ale czasem również niebezpiecznie: jest tu dużo krokodyli i węży. Przed kilkoma dniami, gdy sprzątałem w domu, zobaczyłem małego węża w drewnianej skrzyni.
Przestraszyłem się, ale powiedziano mi, że nie groźny. Niedawno również przyszedł Malgasz, który złapał małego (ok. 1 m) krokodyla, który mógłby już odgryźć palca. Miał zawiązaną mordę, dlatego nie bałem się wziąć go do ręki i zrobić z nim zdjęcie. Jeśli chodzi o duszpasterstwo, to trzeba przyznać, że jest dużo dzieci w kościele, ale niestety dorosłych brakuje i ta wiara nie jest zbyt zakorzeniona i oprócz tego odczuwa się ciągle oczekiwania materialne od Misjonarzy - tak byli Malgasze w tej okolicy nauczeni, przyzwyczajeni przez Szwajcarów...
Ja żyję jeszcze jak skaut - bez wody, bez prądu..., ale już nie długo będę miał energie słoneczną, bo mam już baterie, tylko trzeba je zainstalować.
Jednak na początku nie miałem nawet narzędzi (mój malgaski poprzednik albo je sprzedał, albo rozdał, albo…); ani łopaty czy siekiery ani piły, ani wiertarki itd. ... Wlazłem do pustych i brudnych ścian...; dach przecieka, były tylko wyrka i stoły - nawet krzeseł brakowało, gdy było kilku gości..., ale teraz jestem w Morombe i coś dostanę - mam nadzieję...
Pozdrawiam wszystkich z półkuli południowej.
Ks. Bernard Goworek MSF
![]() |
Najpiękniejszy maryjny miesiąc nazywa się po czesku „kwieten”. Nabożeństwa majowe ku czci Matki Bożej odbywają się tu więc w kwietniu. Sama nazwa „majowe” pozostała i funkcjonuje w Czechach np. dla majowych koncertów albo - przepraszam, że to wspominam - pierwszomajowych pochodów. Ponieważ ogólna liczba ludzi uczestniczących w niedzielnych Mszach św. i nabożeństwach jest w Czechach stosunkowo niska, przed dwoma laty wprowadziłem cykl nabożeństw majowych w małych i większych kapliczkach, okalających moją główną parafię i kościół w Dvur Kralove nad Labem. W naszych nabożeństwach bierze udział 10-20 osób z Dvur Kralove oraz z okolicy miejsca kapliczki, w której się modlimy. W niektórych kapliczkach, gdzie przed dwoma laty zaczynaliśmy, jak wspominają tamtejsi ludzie, było to pierwsze nabożeństwo z udziałem księdza po 60 latach! Ludzie mieszkający w okolicy kapliczki, oczywiście niektórzy, przygotowują na ten czas kapliczkę - nie tylko myją i sprzątają, ale czasem i malują. Niektóre kapliczki odkrywałem z moimi parafianami na nowo. Trzeba było je szukać, bo ktoś powiedział, że jest, ale nikt nie wiedział, jak się tam konkretnie dostać. Raz pamiętam wesołą sytuację, gdy się zatrzymałem w środku wsi przy gospodzie, a mój akolita, starsza pan inżynier, poszedł się zapytać mężczyzn pijących piwo, którędy się dostać do kapliczki. Nota bene kapliczka jest w okolicy nazywana „U Wiedeńskiej Baby”. Mężczyźni nie wiedzieli, ale zaproponowali zamiast majowego nabożeństwa, aby się z nimi napił piwa. W tym roku będzie w tej kapliczce po raz trzeci nabożeństwo, a ludzie sami tę kapliczkę pięknie odrestaurowali. Znajduje się ona wysoko na górce. Gdy odprawiam Mszę św. i śpiewamy litanię, podnoszę Pana Jezusa i razem z Nim podziwiam piękną panoramę Dvur Kralove i okolicy.
Podczas naszych nabożeństw, które są odprawiane w scenerii pięknej przyrody, rozbrzmiewają słowa wezwań Litanii Loretańskiej albo tzw. Litanii Bawarskiej („Matko Boska, za nami wstawiaj się”). Rodziny z małymi dziećmi spotykają się na swym nabożeństwie majowym w tzw. „Betlejem Brauna”, w górach, u źródła, które wypływa z betlejemskiej groty, a wszystkie figury, monumentalnej wielkości, wykonał w XVIII wieku słynny rzeźbiarz Braun.
Te nasze nabożeństwa majowe zawsze łączymy duchowo z głównym naszym kościołem w Dvur Kralove, który obok tytułu św. Jana Chrzciciela jest także maryjnym sanktuarium, gdzie przechowywana jest ze czcią drewniana figurka Matki Bożej z blizną na czole od miecza szwedzkiego hetmana. W roku 1646 figurka ta, umieszczona na moście u bram miasta, uratowała jego ludność przed zagładą i spaleniem przez Szwedów. Na pamiątkę tego wydarzenia w ubiegłym roku została w naszym mieście postawiona obok mostu dziękczynna kapliczka, którą postawili parafianie. Odsłonił ją Przełożony Prowincjalny Polskiej Prowincji Misjonarzy Świętej Rodziny, Ks. Włodzimierz Burzawa, a poświęcenia dokonał Ks. Biskup diecezji Hradec Kralove, Dominik Duca.
Gdy śpiewamy litanię i pieśni do Matki Bożej, nie śpiewamy polskiej „Chwalcie łąki umajone”, ale atmosfera i miejsca, w których się modlimy po czesku, przypominają mi właśnie tę pieśń. Dlatego proszę wszystkich w Polsce, którzy tę pieśń będą śpiewać podczas polskich nabożeństw, aby myśleli o księdzu Honziku (tak mnie tutaj nazywają) i jego parafianach, którzy na czeskich łąkach chwalą Maryję i łączą się z Wami duchowo.
Ks. Jan Czekała MSF, Dvur
Kralove
| SYNOD PLENARNY | ![]() |
Obecnie w Papui Nowej Gwinei trwa Synod Plenarny, który jest jakby wezwa- niem do odnowy życia. Jest on także apelem wielu kręgów kościelnych i społecz- nych oraz zachętą do analizy i przemyślenia sytuacji Kościoła lokalnego w obec- nym czasie. Może kogoś zdziwić, że tak młody Kościół w PNG potrzebuje już odnowy. Właśnie teraz, bardziej niż kiedykolwiek, ta odnowa jest Kościołowi w PNG potrzebna. Ewangelia Jezusa Chrystusa zmusza do refleksji, wzywa do zmiany drogi życia, prowokuje do powiedzenia:
- stop z korupcją, która w ostatnich kilku latach zdecydowanie wzrosła!
- stop z przestępczością!
- co z opieką chorymi na AIDS?
- jakie jest miejsce młodych w życiu społecznym?
Te problemy nie są obce Kościołowi, dotykają bowiem każdego katolika. Dlatego Synod odbywa się we właściwym czasie i miejscu. „Jesteśmy Kościołem żyjącym w Chrystusie, a Chrystus jest naszą Drogą, Prawdą i Życiem” - to przewodnia myśl Synodu. Potrzeba wiele otwartych serc oddanych całkowicie Panu Bogu, by głoszone Słowo Boże przenikało sytuację społeczną, religijną i polityczną w kraju „rajskiego ptaka”. Modlitwy, spotkania i dyskusje, publikacje i liturgiczne celebracje, które towarzyszą Synodowi, to swoiste „świętowanie” przynależności do Kościoła Katolickiego. Wszyscy pragniemy, by Chrystus zajmował centralne miejsce w naszym życiu i żył w każdej diecezji, parafii i rodzinie.
Jako Misjonarze Świętej Rodziny z radością włączamy się w prace Synodu. Ks. Ignacy Himawar MSF - Indonezyjczyk, pracujący w diecezji Madang, jest koordynatorem Synodu w tejże diecezji. Taką samą funkcję pełnią: ks. Dariusz Kałuża MSF w diecezji Mendi i ks. Mirosław Komorowski MSF w diecezji Goroka. Pozostali nasi Współbracia kontynuują ewangelizację Ludu Bożego w PNG w przynależnych im parafiach. Warto tu jeszcze wspomnieć echa żywego udziału naszych parafian w celebracjach Roku Różańca Świętego. W rodzinach i para- fiach papuaskich nie ustaje rozważanie tajemnic życia Jezusa i Maryi. Nasze serca się radują, gdyż coraz większa rzesza Papuasów szuka Boga i odnajduje Go w Kościele Chrystusowym.
Z serdecznymi pozdrowieniami dla Przyjaciół Misji w Polsce, z prośbą o modlitwę,
Ks. Dariusz Chabraszewski
MSF
i Ks. Mirosław Komorowski MSF
i Ks. Mirosław Komorowski MSF
|
|
![]() |
Drodzy Przyjaciele Misji! Pozdrawiam wszystkich bardzo gorąco i życzę tego wszystkiego, co uszczęśliwi! Niech Bóg po swojemu wynagrodzi Wam za Wasze poświęcenie dla drugiego człowieka, modlitwy i pamięć listowną.
W ubiegłym roku przeszedłem do innego dystryktu. Moje nowe miejsce zamiesz- kania jest po tej samej stronie rzeki Mangoky co poprzednio, ale o 140 km dalej na wschód. To bardzo rozległy, górzysty i słabo zaludniony teren. Mam do obsługi 7 kościołów, ale na tak rozległym terenie winno być ich 77! W tym rejonie, szczególnie w porze deszczowej, nie ma dróg. Mój poprzednik Szwajcar, ks. Hobi, pracował tutaj ponad 30 lat i wrócił do kraju. Od dawna starał się o za- stępstwo, ale nie było chętnych na to miejsce do momentu, aż trafiło na mnie. No cóż - jak człowiek chce wracać po 30 latach pracy do swoich, to trzeba mu jakoś pomóc. Ludzie, którzy tu żyją, to pasterze bez bydła.
Plagą społeczną tego regionu jest bezkarne złodziejstwo i bandyctwo oraz szerząca się demoralizacja. Ludzie tutaj, niestety, nie mają ochoty na zmianę trybu życia. Modlitwa i wiara w Boga tego z książek, nie bardzo ich przekonuje. Ufam, że Pan Bóg znajdzie drogę do przemiany ich serc. Mnie pozostaje cierpliwie świadczyć o Jego miłości i obecności.
Dziękuję Wam za modlitwy w naszych intencjach. Ta szczególna pomoc jest tutaj bardzo na miejscu. Jest nas tutaj dwóch: Polak i Malgasz. Ani on, ani ja nie jesteśmy jeszcze zadomowieni, choć ludzie mają nadzieję, że pozostaniemy z nimi długo, tak jak nasz poprzednik. Robią więc wszystko, byśmy tutaj zostali. Świadczą o tym m.in. ich wysiłki w łowieniu ryb! Chcą złowić w rzece Gogo taką rybę, po zjedzeniu której już na pewno pozostaniemy w tym regionie. Niech więc tak będzie!
Okolica ta jest bardzo gorąca. Dookoła pełno kamieni, które nagrzewają się bardzo szybko i - współpracując ze słońcem - rozgrzewają ziemię i powietrze do 42 °C. To teren malaryczny. Nocą pełno jest tu komarów. Nawet w ciągu dnia kręcą się wokół nas. Dlatego w moim pokoju wszędzie można znaleźć gałązki kininy, której zapachu nie znoszą komary i muchy.
Niech Święta Paschalne ubogacają Waszą wiarę, nadzieję i miłość. Pozdrawiam serdecznie. Zostańcie z Bogiem.
Ks. Jan
Podgórniak MSF, Beroroha,
styczeń 2004
![]() |
Urodziłem się w Opocznie, miasteczku znanym w Polsce z produkcji płytek ceramicznych. Pochodzę z wioski Ostrów, bogatej w tradycje opoczyńskie, które są ściśle związane z życiem religijnym i kościelnym. Dość późno, bo dopiero w piątej klasie szkoły podstawowej zostałem ministrantem. Rok później, będąc w Kalwarii Zebrzydowskiej na pielgrzymce, po raz pierwszy poczułem głos powołania. Jednak w następnych latach nie myślałem o zostaniu kapłanem, aż krótko przed maturą, znów pojawił się wewnętrzny głos: „Co będziesz robił w przyszłości?”
Niedługo potem czytałem list misjonarza z Madagaskaru, Ks. Bernarda Czapli MSF, który opowiadał o swoim misjonarskim życiu i o ludziach, z którymi pracuje. Ten fakt stał się dla mnie silnym impulsem do zostania misjonarzem; silnym bodźcem było też dla mnie to, że ten misjonarz miał akurat takie same imię, jak ja. W tym samym czasie znałem też z widzenia pierwszego Misjonarza Św. Rodziny, pochodzącego z naszej parafii - Ks. Jerzego Sołtysiaka. I to on, oraz jego koledzy misjonarze, których później poznałem, pomogli mi podjąć decyzję o wstąpieniu właśnie do tego Zgromadzenia. Oczywiście mam świadomość, że na początku była to trochę fascynacja (może nie całkiem dojrzała), ale jestem pewien, że Pan Bóg również takimi drogami trafia do młodych serc ludzkich.
W nowicjacie nauczyłem się wielu nowych i ciekawych rzeczy, a i moje powołanie dojrzewało. W trakcie trwających sześć lat studiów seminaryjnych „wywietrzała” mi myśl o misjach, ale uczęszczając na lektorat języka francuskiego myślałem sobie - to też się może przydać. Jeszcze przed święceniami kapłańskimi otrzymałem od Ks. Prowincjała propozycję wyjazdu do Niemiec do pracy w diecezji, gdzie brakuje księży (język niemiecki znałem już wcześniej). Odpowiedziałem pozytywnie. W 1995 roku, w trzy miesiące po święceniach, wyjechałem do pracy w Niemczech. Praca nie była tu łatwa, szczególnie na początku. W miarę upływu czasu duszpasterstwo zaczęło przynosić wiele satysfakcji. Okazywana wdzięczność ludzi za naszą służbę doda- wała sił i ochoty do pracy.
Pod koniec 2001 roku, gdy się dowiedziałem, że Ks. Zygmunt Robaszkiewicz MSF został biskupem na Madagaskarze i prosi o nowych misjonarzy, coś się w moim wnętrzu „poruszyło”. Pomyślałem wówczas: Będzie pewnie wielu kandydatów na wyjazd! Ja raczej nie mam szans!
Wątpiłem w to, że przełożeni pozwolą mi pracę z Malgaszami. Myślami byłem też przy parafianach w Niemczech, którzy mieli nadzieję, że zostanę z nimi wiele lat. Jednak czułem się jakoś „nieautentyczny” w mojej służbie misjonarskiej, a Pan dawał mi różne „małe” znaki, że coś powinienem zmienić w moim życiu.
Ponieważ ciągłe nie było zgłoszeń, pod koniec 2002 roku podjąłem decyzję i po- prosiłem o wyjazd na misje na Madagaskar. Teraz coraz bardziej czuję, że to była słuszna decyzja i jest to dla mnie jakby nowe powołanie. Od czasu, kiedy jestem na kursie języka francuskiego, ogarnia mnie radość serca, że poszedłem za tym wewnętrznym głosem. Język francuski jest dość trudny, ale robię postępy. Kurs odbywa się na Uniwersytecie Katolickim w Lyonie. Spotykam tam młodych ludzi z całego świata. Spotykam także Malgaszy. To dzięki nim zaglą- dam czasem do słownika języka malgaskiego i twierdzę, że jest dużo łatwiejszy i na Madagaskarze będzie z pewnością ważniejszy niż francuski. Rozmawiamy o Madagaskarze i czasem zamieniamy kilka słów po malgasku.
Oni lubią śpiewać. Ja też - i już czuję, że do nich pasuję. W mojej grupie jest dużo Azjatów - przede wszystkim Chińczyków, Japończyków i Koreańczyków. Są również: Kolumbijka, Amerykanka, dwie Niemki, Rosjanka, Ukrainka i Polka. Wszyscy oni są ode mnie młodsi o co najmniej dziesięć lat, ale czuję się z nimi jak student w tym samym wieku. Większość z nich, to osoby niewierzące. Czasem jednak zadają mi różne pytania na tematy religijne i ogólnie związane z moim życiem... również dotyczące celibatu. Dziwią się często, jak można chcieć wyjechać z dobrobytu do ubogiego kraju, aby tam pracować. Raz mieliśmy dyskusję na temat: Czym jest dla człowieka szczęście? Mogliśmy wybrać jedną z jedenastu propozycji. Większość wybrała: bogactwo, pracę, miłość, wolność, a ja - z moim wyborem wiary - byłem trochę niezrozumiały. Jednak potem uzasadniałem dlaczego wiara daje mi szczęście. Od tego czasu niektórzy z nich zaczynają się zastanawiać nad sensem życia. Jestem człowiekiem, który lubi żartować ze studentami i z profesorami. Już kilka razy pytano mnie co ja takiego robię, że codziennie mam dobry humor. Wyjaśniłem im, że to wiara w Boga daje mi radość. Ona pomaga mi być człowiekiem dla każdej spotkanej osoby. Odczuwam w głębi serca, że to prowokuje ich do myślenia. Jeśli chodzi o pro- fesorów, to niektórzy wspierają mnie i poruszają tematy religijne, wskazując na siostrę zakonną z Egiptu i na mnie jako „ekspertów” w tej dziedzinie. Wtedy pewne rzeczy tłumaczymy i wyjaśniamy. Są jednak (choć nieliczni) i tacy profesorowie, którzy unikają dyskusji na tematy związane z religią...
Z pewnością w coraz to bardziej wielonarodowej Francji jest duże pole do ewangelizacji. Kurs języka jest jedną z okazji do głoszenia Dobrej Nowiny.
Kurs dobiega końca. Z księdzem Ludwikiem Wawrzeczko MSF pragniemy być na Madagaskarze możliwie jak najszybciej – jeszcze latem tego roku. Osobiście czuję wewnętrzny zapał do bycia tam. Przenika mnie też świadomość, że początek nie będzie łatwy. Najważniejsze, żeby dopisało zdrowie.
Przyjaciołom Misji w Polsce dziękujemy za duchowe i materialne wspieranie naszych przygotowań do pracy wśród Malgaszy. Naszą wdzięczność staramy się wyrażać w naszej codziennej Mszy świętej, dziękując Bogu za dar powołania misyjnego i za tyle wspaniałych serc, wspomagających dzieło misyjne.
Ks. Bernard Goworek MSF,
Chaponost
![]() |
„Bo gdzie są
dwaj albo trzej zebrani
w imię moje,
tam jestem pośród nich”. (Mt 18,20)
tam jestem pośród nich”. (Mt 18,20)
Poproszono mnie o napisanie kilku słów na temat moich przeżyć i pracy w Nor- wegii. Można by o Norwegii pisać wiele, to piękny kraj pod względem przy- rodniczym i ciekawy kulturowo. Może jednak tym razem nie zatrzymam się na tych aspektach, ale podzielę się swoimi refleksjami odnośnie wspólnoty.
Jestem Misjonarzem Świętej Rodziny i od samego początku, czyli Postulatu i Nowicjatu „wszystko” dzieje się we wspólnocie. Mieszkamy, uczymy się, pracujemy i spędzamy czas wolny we wspólnocie, lub w bardzo dużej mierze w niej. Tutaj, w Norwegii wygląda to trochę inaczej. Obecnie pracuje w Diecezji Tromsø pięciu polskich Misjonarzy Świętej Rodziny, tworzymy wspólnotę, ale jest ona specyficzna, specyficzna z racji warunków pracy. Każdy z nas odpo- wiedzialny jest za powierzone mu parafie i na co dzień rozsiani jesteśmy po całej Diecezji, oddaleni od siebie o kilkaset kilometrów, gdzie jedyną możliwością kontaktu zostaje telefon i obecnie, coraz bardziej także internet. Trudno więc mówić o typowej wspólnocie, gdyż tak naprawdę razem jesteśmy raz w miesiącu na kilka tylko dni. Ale właśnie może dlatego wspólnota zyskuje głębszego znaczenia. Mówi się potocznie, że człowiek poznaje wartość jakiegoś dobra dopiero wtedy, gdy go zabraknie. I chyba coś w tym jest. Kiedy w czasie seminarium czy później w czasie pracy jako wikariusz w Parafii w Żernicy było się w „środowisku” wspólnoty wydawało się, że nie może być inaczej. Dawało to komfortową sytuację, że w razie problemów, obojętnie czego by one dotyczyły, jest do kogo się zwrócić, zapytać, podzielić swoimi wątpliwościami, rozterkami, obawami, czy choćby po prosto było do kogo pójść i otworzyć usta, porozmawiać. Wydawało się to takie zwykłe i naturalne. Nawet, jeśli nie lubiłem jednej czy drugiej osoby, to zawsze był jeszcze ktoś inny „do wyboru”. Sytuacja tutaj jest zupełnie inna. Często bywa tak, że pracuje się samemu na jakiejś parafii i na dobrą sprawę nie ma do kogo się odezwać. Wierni przychodzą zazwyczaj tylko w niedzielę, ale nie tworzą oni wspólnoty zakonnej, do której przywykliśmy w Polsce. Tutaj zaczyna się odczuwać samotność, samemu przygotowuje się posiłki, dla siebie tylko, samemu troszczy się o kościół, dom parafialny, samemu przygotowuje się liturgię i samemu trzeba się modlić, bo w kaplicy na brewiarzu nie ma nikogo innego. Po takich przeżyciach osamotnienia zupełnie inaczej docenia się dobro wspólnoty, wspólnego bycia, takiego zwykłego w domu, że wiadomo, że choćby za ścianą, w innym pokoju Ktoś jest, zawsze można do Niego pójść, porozmawiać, że w kaplicy obok mnie na modlitwę Ktoś jeszcze usiądzie. Wtedy odczuwa się radość z obecności Drugiego człowieka, z obecności Współbrata. Po takich przeżyciach samotności zupełnie inaczej przeżywam choćby odwiedziny w seminarium i wspólny brewiarz, gdzie wieloma, kilkudziesięcioma głosami brzmi ta sama modlitwa. Bowiem „gdzie dwóch lub trzech zebranych jest w imię Moje – mówi Jezus – tam Ja jestem”. I jest to wielka prawda, i jest to wielka radość przeżywania takiej Wspólnoty, mimo, że jak w każdej rodzinie, także i we wspólnocie zawsze są jakieś problemy i kłopoty. Ale o wiele łatwiej sprostać im wiedząc, że nie jest się samemu, że jeszcze ktoś obok mnie jest obecny. Łatwiej jest doświadczać samotności, kiedy się wie, że przynajmniej raz w miesiącu Wspólnota może okazać się faktyczną, rzeczywistą, zgromadzoną razem. Pozdrawiam
Ks. Jan Tetzlaff MSF
![]() |
Mój pierwszy kontakt z Białorusią miał miejsce w 1990 roku. Po świeceniach kapłańskich, na zaproszenie jednego z pracujących tam księży, przyjechałem razem z sześcioma kolegami neoprezbiterami w okolice Baranowicz, aby odprawić Msze Prymicyjne w pobliskich parafiach. Wszędzie przyjmowano nas z wielką życzliwością. Nie przypuszczałem wówczas, że po trzech latach powrócę tutaj jako misjonarz.
W roku 1992 zwróciłem się do Ks. Prowincjała z prośbą o pozwolenie na wyjazd do pracy na Białorusi, gdzie już pracowali nasi księża: Stanisław Sałata (w Na- rowli i Gruszowce) oraz Jarosław Zaradzki (w Nowym Świerżeniu i Stołbcach). Po otrzymaniu zgody rozpocząłem przygotowania do wyjazdu. Kurs języka biało- ruskiego z równoczesnym poznawaniem kultury naszych wschodnich sąsiadów odbywał się w klasztorze Księży Palotynów w Świętej Katarzynie, niedaleko Kielc. Wśród wykładowców był zaproszeni nauczyciele z Mińska. Wspominam ten czas mile i ze szczyptą emocji, bo był to dla mnie „fundament” do przyszłej pracy misyjnej.
Gdy wreszcie znalazłem się w Mińsku, stolica Białorusi „tonęła” w śniegu, a połą- czony z silnym wiatrem mróz potęgował zimno. Ks. Władysław Zawalniuk, mój pierwszy białoruski proboszcz, zgotował mi bardzo gorące i serdeczne powitanie. Mieszkając w jego skromnej plebani przy mińskim „czerwonym kościele”, z dnia na dzień dostrzegałem „wiosnę” Kościoła Katolickiego na Białorusi, gdzie jeszcze nie tak dawno wszechwładnie panował komunizm i propagowano ateizm. Z Ks. Zawalniukiem chodziliśmy codziennie odprawiać Mszę św. do pobliskiej katedry. Jego kościół remontowano, a katedra - nie przypominająca swym otoczeniem kościoła - spełniała podwójną funkcję: w dolnej części uprawiano różne dyscy- pliny sportowe, a w górnej części księża sprawo- wali liturgię Eucharystii. Właś- nie tam, po raz pierwszy, spotkałem długoletniego więźnia sowieckich łagrów na Syberii, świadka wiary, Ks. Arcybiskupa Kazimierza Światka, obecnego Kardy- nała, który powiedział krótko: „Trzeba budować kościół w Łagojsku!"
To niewielkie powiatowe miasto, oddalone ok. 40 km na północny wschód od Mińska, miejsce mojej pracy, chciałem ujrzeć jak najszybciej.
Na terenie przyszłej budowy kościoła ujrzałem głęboki wykop i nową drewnianą kaplicę z przybudówką przeznaczoną na mieszkanie dla księdza. Wcześniej do Łagojska przyjeżdżał raz w tygodniu wspomniany już Ks. Władysław z Mińska, aby sprawować Mszę św. Z wiarą, nadzieją i miłością do Boga i ludzi, rozpocząłem nowy rozdział mojego życia. Do czasu ukończenia przybudów- ki-plebani mieszkałem u parafian. Na codziennej Mszy św. mała kaplica zawsze była pełna wiernych ludzi, którzy na kapłana czekali tutaj ponad 40 lat. „Pukaliśmy” do bram nieba po białorusku, polsku i po rosyjsku, najczęściej w wiadomym nam celu - aby rozpocząć budowę kościoła. Patronem budującego się kościoła został św. Kazimierz, gdyś pragnęliśmy w ten sposób podkreślić tak ogromny wkład Ks. Kard. Kazimierza Świątka w odbudowę Kościoła na Białorusi. Poświęcenia dokonał sam Ks. Kardynał 19 czerwca 1999 roku.
Obecnie do parafii należy cały powiat łagojski, z urzędowo istniejącym para- fiami: św. Kazimierza w Łagojsku (od 1991 r.) i św. Dominika w wiosce Chataje- wiczy (od 1998 r.). Od dwóch lat jest organizowana parafia św. Anny w nie- wielkim miasteczku Pleszczenicy oraz dwie filialne parafie: św. Antoniego w wiosce Koreń i św. Jana Chrzciciela w Jurkowiczy. Ponadto obsługuję inne wioski. Ogółem katolików w mojej parafii jest ok. 1500 wiernych.
Wyrazem powrotu do religijnej tradycji jest udział wiernych w niedzielnej Mszy św. i adoracja Najświętszego Sakramentu w każdą I niedzielę miesiąca, podczas której odbywa się wymiana tajemnic Różańca. Coraz bardziej jest znany kult Najświętszego Serca Pana Jezusa. A szczególnym wyrazem pobożności Białorusinów w roku liturgicznym są obchody uroczystości Bożego Narodzenia, Wielkiego Tygodnia i I Komunii Świętej. W dwóch głównych parafiach w Wielką Sobotę odbywa się co roku całonocna adoracja, zakończona Mszą św. Rezurekcyjną. Wprawdzie na Białorusi dominują wyznawcy prawosławia, ale jest i miejsce dla innych wyznań. Z inicjatywy władz miasta Łagojsk duchowni katoliccy i prawosławni poświęcili nowy cmentarz. W ekumenicznym spotkaniu uczestniczyli wierni z obu Kościołów. Pamiątką tego wydarzenia są dwa krzyże - katolicki i prawosławny.
W parafii Łagojsk jestem już ponad 10 lat. Cieszę się, że jest mi dane pracować w winnicy Pana właśnie tu - na Wschodzie. Owocem wiary i modlitwy tych ludzi są powołania do kapłaństwa i życia zakonnego. Radością serca napawają zbliża- jące się święcenia diakonatu kleryka Denisa Szestakowicza, pochodzącego z parafii św. Dominika w Chatajewiczach.
W roku poświęconym Eucharystii pragnę wyrazić ogromną wdzięczność Bogu i wszystkim ludziom z Łagojska i okolic, którzy z poświęceniem wykonywali wszel- kie prace na rzecz odrodzenia wiary na ziemi białoruskiej. Nigdy nie zapomnę widoku tuch parafianek, które - mając np. 70 i więcej lat - z taką gorliwością i oddaniem swoje serce i wszystkie siły poświęcały na rzecz tzw. prac dodatko- wych.
Szczególne podziękowanie kieruję pod adresem Ks. Kardynała Kazimierza Świątka, który organizował finansową pomoc z Austrii, Niemiec czy z Polski i dzięki któremu wielu katolików na Białorusi odczuło „nowy powiew Ducha", a my, kapłani - uczestnicząc w comiesięcznych dniach skupienia - możemy spotykać się z kapłanami także innych diecezji , by nie tylko umacniać naszą kapłańską więź, ale też wypracowywać nowe metody w docieraniu do tych, którzy w głębi serca zawsze będą tęsknili za prawdą, miłością i sprawiedliwością (także spo- łeczną).
Wszystkim Przyjaciołom Misji i naszym Dobrodziejom życzę radosnych Świąt i błogosławieństwa Zmartwychwstałego Pana.
Ks. Ryszard Pierzchała
MSF, Łagojsk
![]() |
W Kościele Powszechnym obchodzimy Rok Eucharystyczny, który jest wspaniałą okazją, by dziękować Panu Bogu za dar pozostania z nami Syna Bożego w Naj- świętszym Sakramencie. Ojciec Święty pragnie, aby wierni pełniej uczestniczyli w liturgii Mszy świętej i jak najczęściej przyjmowali Komunię Świętą. Jan Paweł II zachęca każdego wiernego, by Jezus Chrystus, który wie, czego nam potrze- ba, był zaproszony w nasze codzienne życie.
Będąc w Polsce na urlopie, wielokrotnie miałem okazję nawiedzać różne koś- cioły, gdzie licznie zgromadzeni wierni w skupieniu adorowali wystawiony Naj- świętszy Sakrament. Adorowanie Tego, który jest „Pełnią Życia" jest manifesto- waniem naszej wiary i miłości. To także „ukryte” przebywanie u stóp Zbawiciela i zasłuchanie się w Jego słowa na wzór Marii z Betanii, która „wybrała najlepszą cząstkę”. Piękne jest to, że ludzie się modlą i radośnie przeżywają swoją wiarę. Ile radosnych chwil można przeżyć, gdy w dziękczynieniu Bogu uczestniczą ludy i plemiona terenów, które Ewangelię Chrystusa znają dopiero od 120, miejscami 60 czy też od 30 lat.
Kościół w Papui Nowej Gwinei jest więc bardzo młody, ale przez Chrystusa i w Chrystusie uczy się dziękować Panu Bogu za wszelkie dary. Uczy się również adorować Jego odwieczną Miłość, która także Papuasów powołała do istnienia. Diecezja Goroka, do której należę od ponad 10 lat, to bardzo młoda wspólnota Ludu Bożego. Trzy z dziewięciu parafii w diecezji w tym roku będą obchodziły złoty jubileusz istnienia. Ja pracuję w jednej z nich, a powierzona mi parafia p.w. św. Bernarda w Namcie jest największą w diecezji Goroka. Pierwsi misjonarze przybyli do Namty z sąsiedniej Prowincji Chimbu. Pierwszym duszpasterzem był Ks. Bodnar, werbista z USA. Po nim kolejnym kapłanami byli werbiści z Polski. Od lat 90-tych opiekę duszpasterską w parafii Namta sprawują Misjonarze Świętej Rodziny. Pierwszym z nich był Ks. Włodzimierz Burzawa, obecny Przełożony Prowincjalny Polskiej Prowincji MSF, którego wspomagali Ks. Sta- nisław Czarny, Ks. Stanisław Michalik i Ks. Stanisław Banasiński. Parafianie bardzo polubili misjonarzy z Polski, dla których przekazywnie innym „ducha Świętej Rodziny z Nazaretu" pozostaje zadaniem i nadzieją na piękniejsze i peł- ne nadziei „jutro" ludzkości.
Warto też wspomnieć, że w 1973 roku Namtę odwiedził Ks. Kard. Karol Wojtyła, obecny Ojciec Święty Jan Paweł II. Było to z pewnością wielkie misyjne prze- życie także dla Ks. Kardynała. Stacja w Namcie, położona 1800 m n.p.m., otoczona jest pasmami gór, których doliny ozdabiają rzeki i strumienie pełne wody. Wokół - wieczna zieleń przez cały rok. Kiedy po „misyjnych patrolach” człowiek odczuwa potrzebę bycia choćby przez chwilę na odosobnieniu, przyjemnie jest tutaj odpoczywać.
Domy mieszkańców Namty znajdują się bardzo blisko domu parafialnego, miał więc Ks. Kardynał okazję, by nas własne oczy zobaczyć jak żyją miejscowi ludzie. Po „niespodziewanych” odwiedzinach w jednej z mieszkających w domu- szałasie rodzin, gdzie centralne miejsce zajmuje nie stół, ale palenisko (trwało to chyba tylko kilka minut) , Ks. Kardynał powiedział: „Już wiem dlaczego Papuasi są brązowi. Oni przy tym ognisku są po prostu uwędzeni...”
Od tamtej pory minęło 30 lat, ale nic zasadniczo nie zmieniło się w wyglądzie papuaskiego domu, a i ludzie „ciągle się wędzą...”
Parafianie, zwłaszcza ci starsi, pamiętają tę wizytę obecnego Papieża. Pamiętają również swoich wszystkich proboszczów. Jedni z nich (mówią) zbudowali kościół i szkołę, która cieszy się uznaniem wśród rodziców i dzieci, inni zaś formowali rodziny, katechetów, młodzież i dzieci.
W Papui Nowej Gwinei bardzo mocno odczuwalne jest „ścieranie się” ducha epoki „kamienia łupanego” ze współczesnymi trendami i techniką. Tradycyjne życie plemion ulega szybkim przemianom. Dzieje się tak dzięki młodym pokoleniom, kształcącym się na wielu uniwersytetach świata, jak również dzięki migracji w kraju.
Innym czynnikiem sprawiającym, że życie Papuasów ulega zmianie, jest praca w pobliskiej Australii. Dzięki rodzimym plantacjom kawy, herbaty, palmy koko- sowej, drewnu z papuaskich lasów, złożom złota, ropy i gazu mieszkańcy kraju położonego na „rajskiej wyspie” mogliby żyć całkiem dostatnio. Niestety, wśród politycznych elit panuje korupcja. W pięciu górskich prowincjach „kwitnie” handel marihuaną, w czym dominuje szukająca pracy młodzież. Plagą są też krwawe porachunki międzyplemienne. Wiele rodzin przeżywa moralny i ekonomiczny kryzys.
W diecezjach „górskich” spotykamy się z wierzeniami w sangume, czyli „złego ducha”. Jest tu wielkie pole do ewangelizacji. Kiedy przyjdą wieści, że ktoś umarł młodo, zginął w wypadku czy umarł na AIDS, to (za zgodą szamana) szuka się ofiary. Czary i podejrzenia prowadzą do podziału w wiosce i rodzinie zmarłego. Ktoś musi być winny za śmierć bliskiej osoby! Ktoś ma złego ducha i trzeba go jak najszybciej wyeliminować ze wspólnoty! Dzieją się wtedy rzeczy straszne. Kończy się to torturami i okrutną śmiercią wyznaczonych przez czarownika ludzi. Są to najczęściej ludzie starzy i samotni. Często ręce nam opadają w bezrad- ności wobec takich przypadków.
Na szczęście Papuasi mają w sobie także wielki potencjał dobra. Dobitnie pokazał to ubiegłoroczny Plenarny Synod Kościoła Katolickiego w PNG. Ogromna rzesza ludzi, szczególnie z terenów wybrzeża, wybiera drogę Jezusa Chrystusa. Coraz więcej mamy więc powołań kapłańskich i zakonnych. Zapewne ten wybór drogi przez młodych ludzi z Papui Nowej Gwinei wyprasza im ich pierwszy męczennik za wiarę – katechista, Piotr To Rot, beatyfikowany przez papieża Jana Pawła II w 1995 roku.
Praca misyjna w obecnych warunkach społeczno-politycznych nie jest łatwa. Wielokrotnie trzeba stanąć w obronie ludzi starszych, być z młodzieżą, by oni byli dostrzeżeni i stawali się dobrą glebą, na której swoje Słowo sieje Zbawca.
W tym miejscu proszę Was kochani o modlitwę, bo ona pomaga nam z większym zapałem trwać przy Panu i w jedności z Tim, który doskonale zna serca, myśli i pragnienia także Papuasów, służyć powierzonym nam dzieciom Bożym. Nie- dzielne Msze Święte, które parafianie sami przygotowują, są źródłem prawdziwej radości i okazją do stawania się Bratem i Siostrą. Pochwalić należy tutaj Papuasów za ich chęci i zaangażowanie w niedzielne Eucharystie. Choć czasami nie dosłyszą dobrze czego ich uczymy i coś przygotują nie tak, jak powinno być, i śmiesznie to później wygląda, ale lubią się modlić. Trudniej jest z adoracją Najświętszego Sakramentu. Pytają: Jak tutaj można modlić się w ciszy? O czym myśleć? Ten Pan Bóg nic nie mówi, jest tylko w monstrancji i trzeba na Niego patrzeć... W niedzielę uwielbiamy Go śpiewem i tańcem, a podczas adoracji...?
Wiele czasu musi upłynąć, by Papuasi mogli zrozumieć wartość adoracji Najświętszego Sakramentu. Kościół w PNG, ze swoją młodością w Chrystusie Panu i z „bagażem” plemiennych wierzeń, doświadcza smutnych i radosnych chwil, a na polu kulturowym dojrzewa do stawania się miłą Bogu Ojcu ofiarną hostią. Dziękuję Panu Jezusowi za to, że jest zawsze z nami. Proszę Go, by nam wszystkim błogosławił...
Ks. Mirosław Komorowski
MSF, Namta
![]() |
Korzystając ze świątecznej przerwy w nauce malgaskiego, wyrwałem się z Fia- naracoa, które mieści się w centrum kraju na rozległem płaskowyżu, i poje- chałem do mojego brata Antoniego, który pracuje w Ankazoabo, by razem z nim spędzić moje pierwsze Boże Narodzenie na Madagaskarze. Ostatnie wspólne z bratem Boże Narodzenie przeżywaliśmy przecież 20 lat temu w rodzinnej Ru- dzicy!
Tutaj doświadczyłem, co znaczy malgaskie lato. Słońce niemiłosiernie „wytapia” tłuszcz z każdego zakamarka ludzkiego ciała. Szczęśliwy ten, który nie musi się wychylać spod drzewa mangowego, jedząc w jego cieniu soczyste owoce.
„Kolację wigilijną” zjedliśmy w południe wspólnie z dwoma malgaskimi kapła- nami. Różniła się ona od normalnego posiłku tym, że oprócz wody do popicia było też wino.
Po przeczekaniu południowej spiekoty ruszyliśmy w drogę. Każdy w swoją stronę. Ja, z moim bratem Antonim i katechistą, udałem się na południowy wschód. Pierwszą Pasterkę odprawiliśmy o piątej po południu. Słońce było jeszcze wysoko na niebie, a my już z gromadką czarnych dzieciaków i osób starszych adorowaliśmy Nowonarodzonego! Po pierwszych malgaskich kolędach udaliśmy się w dalszą drogę. Trzeba było zjechać z głównej drogi i w sięgającej po pas trawie szukać właściwej drogi do następnego kościoła. Tutaj nieodzowny okazał się miejscowy katechista. To on wskazywał drogę, uprzedzał gdzie nie wjeżdżać, by nie ugrząźć w błocie. Trzeba pamiętać, że grudzień i styczeń na Madagaskarze, to pełnia pory deszczowej.
Do następnej placówki dojechaliśmy późną nocą. Nasz przyjazd oznajmiło bicie nowego dzwonu, który tej nocy miał być poświęcony. Mała kaplica wypełniła się po brzegi uczestnikami nocnej liturgii. Do świątyni weszliśmy procesyjnie, poprzedzeni korowodem dzieciaków tańczących w rytmie śpiewanych pieśni. Ksiądz Antoni niósł w ręku świecę, którą umieścił w stajence wykonanej przez dzieci z liści bambusowych. Po obrzędach wstępnych wyszliśmy przed kościół, gromadząc się wokół dzwonnicy. Przy świetle reflektora samochodowego poświęciliśmy nowy dzwon. Wróciliśmy do kaplicy, aby kontynuować liturgię Mszy św. Tańce i śpiewy, to podstawowy sposób wyrażania uczuć przez Malgaszy, dlatego też tych elementów nie mogło zabraknąć w czasie tak ważnej uroczystości. Były więc tańce na wejście, na wniesienie Pisma św., podczas Liturgii Słowa, przed przeistoczeniem i na dziękczynienie. A po i Eucharystii nastąpił ciąg dalszy wspólnych śpiewów i tańców.
Kilka godzin nocnego odpoczynku spędziliśmy na sienniku w zakrystii. Od siódmej rano ponownie zaczęto się gromadzić przy kaplicy. Najpierw przyszły matki ze swoimi dziećmi, które mieliśmy ochrzcić. Ponad dwie godziny trwało załatwianie spraw biurowych i nauka przedchrzcielna, po czym odprawiliśmy Bożonarodzeniową Mszę św., podczas której ochrzciliśmy sześcioro dzieci. Katolicy w tym rejonie stanowią zaledwie 8 % ogółu mieszkańców. Podobną liczbą wiernych cieszą się działający po sąsiedzku Protestanci. Reszta ludzi, to animiści czekający na...?
Po Mszy św. nadszedł czas na pożegnania. Przemówieniom nie było końca, a czas naglił. W południe byliśmy już w następnej kaplicy, która w ciągu tygodnia służy za szkołę, a katecheta „przeobraża się” w nauczyciela wszystkich przedmiotów jakie istnieją pod słońcem. Tutaj także nie zabrakło radosnego przeżywania liturgii Mszy św. Po jej zakończeniu otrzymaliśmy w darze żywą kurę i zostaliśmy zaproszeni na wspaniałą ucztę - kopiastą miskę ryżu i kawałek kury. Pragnienie gasiliśmy wodą pitą ze wspólnego garnka. Uściskiem dłoni pożegnaliśmy wszystkich mieszkańców gościnnej wioski obiecując, że za dwa, najpóźniej za trzy miesiące, mogą ponownie spodziewać się odwiedzin misjonarza i skorzystać z sakramentów.
Droga powrotna minęła bez przeszkód, choć mój brat, Ks. Antoni, chcąc uciec przed kolejną burzą, nie zdejmował nogi z gazu. Do stacji głównej wróciliśmy późną nocą. Byliśmy zmęczeni, ale bardzo szczęśliwi, bo dla Pana, w Jego winnicy, warto się trudzić.
Boże Narodzenie minęło, a tu już Wielki Post. Ten czas „nawracania się”, jak również Wielkanoc będę spędzał w placówce, wyznaczonej mi przez naszego Biskupa Zygmunta. Tam, w górskich wioskach, korzystanie z internetu jest bardzo ograniczone. Korzystając więc z okazji, że przebywam w „bardziej cywilizowanej części świata", w imieniu mojego brata i własnym, życzę naszym Rodzicom, Rodzeństwu, Księżom i Parafianom w Rudzicy, Współbraciom ze Zgromadzenia i wszystkim Przyjaciołom Misji w Polsce radosnych Świąt Zmar- twychwstania Chrystusa Pana.
Ks. Ludwik Wawrzeczko MSF
![]() |
W okresie Adwentu miałem swój „chrzest bojowy” - homilię w języku malgaskim. Wszystko było pod kontrolą wdzięcznych słuchaczy. Najlepszymi pomocnikami w nauce języka są zawsze dzieci. Z każdym więc dniem nabieram doświadczenia i płynności w mowie z Malgaszami. Bardzo mnie to cieszy. A oto jak przeżyłem pierwsze święta Bożego Narodzenia na „Czerwonej Wyspie”:
Pasterka zamiast o północy zaczęła się o 1.15. Wcześniej były jasełka, a Malga- sze, niestety, nie mają poczucia czasu. Kiedy tak czekałem i czekałem w zak- rystii, przyjechał ksiądz Malgasz, który odprawiał Mszę św. w innej wiosce. Był trochę zdziwiony, że jeszcze nie zacząłem celebrować.
W pierwszy dzień Świąt na Mszy św. o godz. 9.00 miał być udzielony sakrament Chrztu św., ale rodzice dziecka spóźnili się. Przyszli dopiero tuż przed konsekracją. Chrzest odbył się więc po Mszy. Mój pierwszy chrzest na Madagaskarze! Nie ukrywam, że udzielenie małemu Malgaszowi pierwszego sakramentu „chrześcijańskiego wtajemniczenia” było dla mnie radosnym przeżyciem. Poprosiłem jednego Malgasza o zrobienie kilku zdjęć. Niestety, nic z tego nie wyszło, bo nie zrozumiał „instrukcji obsługi aparatu" i... Szkoda, bo byłaby to ładna pamiątka.
Przez kilka dni mieszkałem w domu Anjoma, niedaleko Ambalavao, gdzie było dużo szczurów. Jakże byłem szczęśliwy, że te „stwory” nie wchodziły mi do łóżka, a nawet nie chodziły po pokoju w nocy! Mogłem więc spać, a noc minęła spokojnie...
Wcześniej niż przewidziano, kończymy kurs języka i zaczynamy pracę w pa- rafiach diecezji Morombe. Już na początku Wielkiego Postu wysyłam życzenia, bo przez kilka tygodni (pewnie przynajmniej do Świąt Wielkanocnych) nie będę miał możliwości wysłania e-maila. Muszę wracać do Ambahikily, a tu nie ma kontaktu ze światem, nawet przez radio-BLU.
Niech zatem Zmartwychwstały Chrystus umacnia Waszą wiarę, nadzieję i miłość do Boga i ludzi. Pamiętam o Was w modlitwie i proszę o nią w mojej intencji.
Ks. Bernard Goworek MSF
![]() |
Dla pracujących w Norwegii duszpasterzy codziennością są małżeństwa mie- szane. Chodzi tu zarówno o prawną terminologię na oznaczenie związku mał- żeńskiego między stroną katolicką i niekatolicką, jak i o różnorodność narodo- wości i kultur małżonków. Mamy tu wiele takich małżeństw. Społeczeństwo norweskie jest wielonarodowościowe. To samo odnosi się do naszych katolików w Norwegii, którzy pochodzą często z odległych stron np. z Afryki czy Azji. Mamy tu tygiel języków, tradycji i kultur. Jest okazja, by poznać odmienne zwyczaje i porównać je ze znanymi.
W Norwegii doświadczamy typowego dla Zachodu kryzysu małżeństwa i rodziny. Do codzienności należą już nie tylko rozwody i ponowne związki, ale nawet „związki bez zobowiązań”, zrównane w prawach z małżeństwem. Nastoletnia młodzież podejmuje zupełnie niezależne życie, a starsi ludzie dożywają swych dni albo w samotności swoich czterech ścian, albo jako pacjenci domów starców. Wszystko to rodzi niepokój. Także tu przekonujemy się, że podstawą „powodzenia" małżeństwa czy rodziny nie jest z pewnością dostatek materialny, a już na pewno nie „życie bez zobowiązań".
Dzięki temu, że na co dzień stykamy się tu z odmiennymi kulturami i tradycjami, możemy porównać i ocenić jak wpływają one na codzienność małżeńską i rodzinną. Swobodne i niezobowiązujące traktowanie przez „nowoczesnych” ludzi instytucji małżeństwa i rodziny okazuje się niszczące, natomiast tradycyjne wartości (wierność, oddanie i ofiarowanie się), ciągle się sprawdzają! Oczywiście nie da się wszystkiego uprościć i sprowadzić do prostych recept. Jak wszędzie, codzienność niesie ze sobą wiele nieprzewidzianych wyzwań i zagrożeń. Nic jednak nie potrafi zastąpić siły dojrzałości osobistej, małżeńskiej, rodzinnej. Może tym bardziej ważne jest to, aby przez pogłębione życie religijne wnosić w naszą codzienność właśnie takie dary.
Człowiek wierzący jest silniejszy i roztropniejszy siłą i roztropnością Bożą. Nie jest łatwo przekonać do tego „wyzwolonych" ludzi Zachodu. Nikomu jednak nie zaszkodzi refleksja nad tym, co jest budujące, a co prowadzi do zniszczenia. Dotyczy to także tak ważnych spraw, jak małżeństwo i rodzina. Ideał przedstawiany w nauce Kościoła o życiu małżeńskim i rodzinnym jest tu często odrzucany, traktowany jako anachroniczny. Codzienność pokazuje, że jego odrzucenie - w imię łatwiejszego życia - obraca się przeciwko samemu człowie- kowi, jego małżeństwu i rodzinie. Ciągle jest zatem aktualne zawołanie: „Rodzi- na musi być Bogiem silna!"
Ks. Mirosław Książek MSF,
Tromsø
![]() |
Podobnie jak we wszystkich krajach, tak i w Brazylii instytucja rodzinna przeżywała i nadal przeżywa głębokie przemiany w swojej strukturze i w funk- cjach. Z punktu widzenia historycznego, rodziny brazylijskie ulegały wpływom kolonizatorów portugalskich, miejscowych autochtonów, niewolników afry- kańskich, a na początku XX wieku także kolonizatorów europejskich i emi- grantów ze Wschodu. Także przemiany kulturowe i ekonomiczne, jakie dokony- wały się w świecie w ostatnich dziesięcioleciach, także pozostawiły swoje ślady w relacjach rodzinnych. Ślady te można określić w trzech podstawowych aspektach: zjawiska subiektywizmu i indywidualizmu, które się wyrażają w po- szukiwaniu indywidualnej autonomii i wolności; pluralizmu kulturalnego i reli- gijnego, który - umożliwiając osobisty wybór religii i innych wartości - może powodować zróżnicowanie egzystencji; podziałów społecznych, prowadzących do niesprawiedliwych struktur i dynamizmów społecznych, które usuwają na margines ogromne rzesze osób i rodzin.
Obok wielu rodzin, które usiłują umacniać relacje wspólnotowe i solidarne, istnieje duża liczba małżeństw, które rozpoczynają życie małżeńskie praktycznie bez dojrzałości ludzkiej i religijnej. Tego rodzaju małżeństwa mają trudności z wypracowaniem wzorca życia małżeńskiego i rodzinnego, i z biegiem czasu stają się ofiarami ideologii prowizoryczności i rozluźnienia. W ramach narodowej kampanii na rzecz rodziny, przeprowadzonej w roku 1994, biskupi brazylijscy stwierdzili: „Obserwuje się ogromną kruchość węzłów małżeńskich. Nawet wśród katolików zauważa się, że wielu żyje w drugim lub trzecim związku, ze wszystkimi problemami zachodzącymi w tego rodzaju relacjach”.
Jeżeli chodzi o dzieci, można stwierdzić, że wielu rodziców wykazuje wielką odpowiedzialność za ich wychowanie i otacza je czułą opieką. Pragną oni, by dzieci wzrastały w ludzkich warunkach i były wprowadzane w chrześcijańską wiarę. Wzrasta poparcie dla dialogu dotyczącego szkód wynikających z za- niedbań pod tym względem. Jest jednak wielu rodziców, którzy zdają się być zdezorientowani wobec przemian kulturalnych i religijnych, i nie wiedzą jak mają postępować ze swoimi dziećmi. Od dłuższego czasu rodzina nie jest już jedynym miejscem wychowania dzieci. Wpływ telewizji wzrasta z każdym rokiem. Wzrasta też liczba dzieci, które nie liczą się już z własnymi rodzicami.
Sprawą szczególnej troski jest to, że rodzice z trudnością orientują się w sprawach związanych z powołaniem czy zawodem swoich dzieci. Nie starają się zapewnić im lepszych horyzontów samorealizacji osobowej i społecznej. Dzieci z ubogich rodzin, które stanowią 60% całej ludności Brazylii, są zmuszane do rozpoczynania pracy od wczesnej młodości i nie mają możliwości studiowania ani wykonywania wyuczonego zawodu. Dlatego też cenione są tu przede wszystkim takie prace, które oferują większe wynagrodzenie ekonomiczne i umożliwiają wejście do świata konsumpcjonizmu. Rodziny bogate natomiast preferują nieod- powiedzialny styl życia, w którym nie ma miejsca dla wartości etycznych i chrześcijańskich, braterstwa i solidarności.
W imię sprawiedliwości musimy również podkreślić, że wiele rodzin brazylijskich uważa za sprawę honoru praktykowanie takich wartości ludzkich i chrześci- jańskich, jak gościnność czy solidarność z sąsiadami i krewnymi. Dzieje się to szczególnie w przypadkach cierpienia lub jakiejś „katastrofy". Ten duch chrześcijański w znacznym stopniu ożywia podstawowe wspólnoty kościelne. Powinien on jednak być jeszcze mocniejszy dla stawiania czoła wzrastającemu indywidualizmowi i indyferencji.
Coraz bardziej zauważalny jest też w Brazylii (nawet wewnątrz samych rodzin) pluralizm religiny. Szacunek dla poglądów każdej osoby jest rzeczą pozytywną, jednak w przypadku niewystarczającej wiedzy religijnej tworzy się mieszanina właściwej doktryny z zabobonami i przesądami. Na całe szczęście wzrasta rów- nież liczba rodzin, które żyją w duchu wybitnie kościelnym, charakteryzującym się harmonią pomiędzy wiarą i codziennym postępowaniem... „W każdym środowisku rodzina jest powołana do tego, by była kolebką ludzkiej osobowości i ludzkości. W takim sensie rodzina jest powołana do przekraczania samej siebie, poprzez właściwe sobie wartości takie, jak troska o innych, wdzięczność, wspólnotowość czy wzajemna pomoc solidarna” (Gaudium et spes 2).
Ks. Itacir Brassiani MSF
![]() |
Położoną na największym archipelagu świata Indonezję zamieszkuje dziś około 220 milionów ludzi. Jest to kraj wielu kultur i wyznań, wśród których dominują muzułmanie (94 %). Katolicy w Indonezji stanowią 4% ogółu mieszkańców. Jednym z problemów rodzin indonezyjskich jest: Jak żyć chrześcijańskimi wartościami, jak wychowywać dzieci w kontaktach z innymi religiami? Wiele małżeństw mieszanych, szczególnie pochodzących z odmiennych religii czy wyznań, musi stawiać czoło życiowemu pytaniu: Jak przeżywać swoją wiarę, jak wychowywać w przyszłości swoje dzieci?
Wypowiadając się na temat syytuacji życia rodzinnego w Indonezji w ostatnich latach Ks. Kard. Juliusz Darmaatadia powiedział m.in.: „Jednym z największych problemów, z którym się spotykamy, jest utarta wiary w naszym kraju. Niestety, wielu ludzi już nie żyje w duchu swojej wiary. Odnosi się to zarówno do chrześcijan, jak i np. do muzułmanów, buddystów czy konfucjionistów. Coraz większa rzesza społeczeństwa jest zapatrzona w używanie pieniędzy. W wielu rodzinach, dom nie jest już miejscem okazywania miłości i miłosierdzia, ale przesadnej aktywności. Wszystko dąży do komercjalizacji.”
Czarne chmury nad Indonezją, nad religijnymi, nad chrześcijańskimi także wartościami? Może i tak. Jest jednak nadzieja na lepsze jutro! Tę nadzieję pokładamy w Chrystusie Panu, który daje światło nie tylko każdej rodzinie, szczególnie Jemu ufającej, ale także nam, Misjonarzom Świętej Rodziny w Indonezji. Od jakiegoś czasu zaczęliśmy rozwijać apostolat rodzin w naszych prowincjach. Mamy nadzieję, że nasi Współbracia znajdą nowe metody i zapałają apostolską nową żarliwością w niesieniu pomocy rodzinom, aby one mogły się duchowo rozwijać w dzisiejszym indonezyjskim społeczeństwie.
Ks. Paulinus Yan Olla MSF
![]() |
Dvur Kralowe – 17 tys. miasto w Czechach, oddalone ok. 30 km od Kudowy Zdrój, to miejsce pracy Ks. Jana Czekały, który W maju 2003 r. obchodził jubileusz 25-lecia kapłaństwa. Po zakończonych uroczystościach, które miały miejsce w Wyższym Seminarium Duchownym MSF w Kazimierzu Biskupim, o swojej kapłańskiej posłudze na terenie Czech powiedział m.in.:
Spośród tylu tysięcy mieszkańców tego miasta tylko 200-250 uczęszcza regu- larnie na niedzielną Mszę Świętą. Ze względu na fakt, że mam pod opieką jeszcze 3 sąsiadujące parafie, począwszy od sobotniego wieczoru do niedzieli odprawiam 6-8 Mszy Świętych. Do pomocy - przede wszystkim w prowadzeniu katechezy - mam 3 siostry zakonne. Na katechezę uczęszcza dziś 56 dzieci.
Katecheza młodzieży ma charakter rozmów i odbywa się raz na dwa tygodnie. Pomimo wielkiego zaangażowania z naszej strony, nie jest łatwo zachęcić ich do przyjścia na te spotkania. Odbija się to później na frekwencji przystępujących do bierzmowania. W tym roku sakrament bierzmowania przyjęło tylko 15 osób.
Cieszą jednak sytuacje, kiedy ludzie dorośli proszą o chrzest. W czasie ostatnich Świąt Wielkanocnych ochrzciłem pięć osób. Miłym zaskoczeniem było dla mnie, gdy o chrzest poprosiła matka wcześniej ochrzczonego chłopaka. To jest naprawdę wielka nagroda dla każdego duszpasterza.
Przyjęcie sakramentu Chrztu Św. przez dorosłych wiąże się z okresem wcześ- niejszejszego przygotowania, zwanego katechumenatem, które przynajmniej ja, na tym terenie, prowadzę w tzw. systemie francuskim. Polega on m.in. na tym, że rozpoczynając kolejne spotkanie proponuję konkretny temat, ale pozwalam uczestnikom mówić o swoich problemach. Wygląda to mniej więcej tak: „Dziś chciałbym Wam powiedzieć o..., ale może wy macie jakiś problem, który wymaga już dziś rozwiązania, wyjaśnienia, omówienia..., bardzo proszę.”
Po chrzcie ochrzczeni dorośli dalej przychodzą na katechezę „dla dorosłych". Są to „otwarte" spotkania i odbywają się raz na dwa tygodnie.
W ostatnim czasie nasz kościół został podniesiony do rangi sanktuarium Obrończyni Dvora Kralowe. Od ubiegłego roku znajduje się w nim też obraz Jezusa Miłosiernego. Poświęcił go osobiście Ojciec Święty w Łagiewnikach podczas ostatniej pielgrzymki do Polski. W tym przypadku możemy mówić o pewnej „dumie", gdyż jest to jedyny tego rodzaju obraz w Czechach, poświę- cony przez Papieża.
Korzystając z okazji, pragnę serdecznie podziękować wszystkim, którzy wspie- rają mnie, zwłaszcza swoimi modlitwami. Niech Wam Bóg błogosławi!
Ks. Jan Czekała MSF
![]() |
Sytuacja w mojej parafii bardzo różni się od warunków polskich, chociaż mogłoby się wydawać, że Białoruś i Polska są do siebie podobne.
Parafia Narowla rozciąga się na powierzchni 4 tys. km2, a liczba wszystkich mieszkańców wynosi 20 tys., z czego zaledwie 210 jest naszymi parafianami. Na terenie tym znajdują się dwa kościoły - w Narowli i odległej o 20 km Gruszowce.
Nasza miejscowość leży spory kawałek od granicy z Polską (500 km). Od Dzierżyńska, gdzie jest nasz dom zakonny, dzieli nas „tylko” 400 km. To spora odległość, ale czuje się tutaj duchową obecność wszystkich przyjaciół i ludzi wielkiego serca.
Oprócz drobnych problemów, jakie przynosi życie codzienne, dochodzi problem personalny. Tutaj jest bardzo mało ludzi młodych! To nie jest najlepsza prognoza na przyszłość, bo przecież młodzi zawsze stanowią nadzieję starszych. A co będzie, gdy młodych zabraknie? Strach pomyśleć. Głównym jednak problemem jest oziębłość religijna. Ludzie nie chodzą ani do cerkwi, ani do kościoła. Nawet sekty nie zbierają tu dużego żniwa. Ludziom tutaj często brak wiary w to co robią, brak im nadziei potrzebnej do pokonywania problemów. I tym właśnie ludziom trzeba nieść Dobrą Nowinę o Jezusie, który uzdrawia, podtrzymuje na duchu, wyzwala z każdej niewoli. Jest to bardzo trudne zadanie. Często więc przeżywam chwile bezradności wobec ludzkiej obojętności, zamknięcia się na drugiego człowieka, na autentyczne wartości.
Dużo siły i nadziei daje mi modlitwa. To przecież sam Bóg działa Swoją mocą i łaską. Dziękuję Wam, Kochani, za każdą modlitwę i ofiarowane trudy w intencji mojej posługi dla ludzi, wśród których żyję. Niech dobry Bóg da nam wszystkim dużo mocy, abyśmy mogli w sposób radosny świadczyć o naszym chrześci- jaństwie.
Ks. Wojciech Walczyna
MSF, Narowla
![]() |
Chrzest przyjmują tu przeważnie dorośli albo dzieciaki ze szkoły. Praktycznie na palcach mógłbym policzyć chrzty niemowlaków. Przez rok wszyscy kandydaci uczęszczają na „lekcje religii” dwa razy w tygodniu. To jest katechumenat. Prowadzi je katechetka z wioski. Raz w miesiącu spotykam się z katechetami. Najczęściej na tych spotkaniach omawiamy trudniejsze lekcje. Bywa też, że muszę im wytłumaczyć pewne niejasności. Później przez miesiąc oni pracują (albo i nie) w swoich wioskach i znowu spotkanie. Katechetów mam w sumie trzydziestu dziewięciu. Co jeden to lepszy. Czasami jak coś wymyślą, to tylko siąść i płakać. Z drugiej strony - wcale im się nie dziwię.
Historia Kościoła toczyła się różnymi drogami. Sobór Watykański II pozmieniał co nieco, ale chrześcijan w niektórych naszych parafiach straszy jeszcze „duch Trydentu”. Tu chrześcijaństwo ma niecałe 50 lat! Do Ialibu dokładnie 43 lata temu przybyli, tzn. przedarli się przez busz pierwsi misjonarze. Przedtem panowało tu - delikatnie mówiąc - prawo dżungli. Ile więc można zmienić w ciągu tych 43 lat z prawa dżungli na prawo miłości? Czasami myślę, że to dobrze, że nie znają historii chrześcijańskiej Europy i całej naszej kultury, bo ciężko by mi było wytłumaczyć im np.: ekspansje Krzyżaków, krucjaty, „noc św. Bartłomieja”, napis „Bóg z nami” na pasach niemieckich żołnierzy, inkwizycje czy wiele innych „kościelnych” pomysłów na głoszenie Ewangelii. Cały problem polega na tym, że chrześcijaństwo złączone jest z kulturą Europy. Jeśli chcesz myśleć kategoriami chrześcijaństwa, musisz myśleć po europejsku. Tymczasem Papua, to nie Europa. Najwspanialej byłoby, gdyby Papua mogła czytać Ewangelię bez europejskich oprawek, tekstów, tłumaczeń. Na to jednak nas nie stać, bo jesteśmy zbyt słabi. Z drugiej strony rodzi się niebezpieczeństwo, że jeśli weźmiemy tylko Ewangelię, porzucając cały dorobek europejskiej kultury, to będziemy musieli czekać ileś tam lat na... I Sobór Papuaski.
Drugi etap katechumenatu rozpoczyna się w Wielkim Poście. My to nazywamy time bilong ritrit, co po naszemu można przetłumaczyć jako rekolekcje, z tym, że gdy w Polsce praktycznie są to 3-5 dni rekolekcji, tutaj trwają one przez 40 dni. Cały Wielki Post, to jedne rekolekcje, które mają przygotować katechumena do chrztu. To wcale nie znaczy, że codziennie musi on chodzić do kościoła i słuchać nauk. Te rekolekcje, to głównie codzienne życie. Cała wspólnota przy- gląda się temu, który zamierza się ochrzcić i ocenia czy naprawdę jest on godny przyjąć chrzest, czy tego chce, czy szczerze potrafi żyć jak uczeń Jezusa. Jeśli tak, to w okresie Wielkanocnym może przyjąć chrzest.
Sam chrzest, to przepiękna uroczystość. Chcąc się pokazać z jak najlepszej strony wspólnota zaprasza wszystkie okoliczne wspólnoty katolickie i to nie tylko do modlitwy i radości. W tym roku miałem chrzty w 8 stacjach. Było tego dobrze ponad 350 osób. Sam nie wiem dokładnie, bo dopiero teraz zacząłem wpisywać nowoochrzczonych do ksiąg. Wpisywanie do ksiąg, to prawdziwa męka. Nie ma tu Jana Kowalskiego czy Józefa Nowaka. Są za to: Izak Pambul, Maile Medel czy Mapune Moneka. Do tego dochodzą „tajemnicze” imiona rodziców: Vude, Pauje, Kambia czy Mabo. l żeby było weselej, trzeba odnotować jeszcze nazwę szczepu i miejscowości. Zapisywanie tej enigmy zajmie mi ze trzy miesiące (jak dobrze pójdzie). Czymś nowym dla mnie były chrzty w rzece. „Chrzcielnica” była odpowiednio przygotowana, tak żeby woda sięgała przynajmniej do pasa. W Bume było bardzo symbolicznie, bo trzy rzeczki: Ojciec, Syn i Duch Święty zbiegały się w „chrzcielnicy”. Staliśmy pośrodku tej „Trójcy Świętej” i po całkowitym zanurzeniu wyciągaliśmy z wody nowe Boże dzieciaki. Najgorzej było wejść do „chrzcielnicy”, bo górskie strumyki to nie np. podgrzana przez siostrę Serafię woda z zakrystii w Złotowie. Ale czego nie robi się dla zbawienia?
Ks. Dariusz Kałuża MSF
![]() |
Co możesz powiedzieć na temat swojej pracy w Norwegii. Czy uważasz, że jesteś tam potrzebny?
W moim przekonaniu jestem i czuję się tam potrzebny, mimo że jest to praca niezwykle specyficzna, nie przynosząca spektakularnych efektów. Polega ona na konsekwentnym docieraniu do katolików porozrzucanych po różnych zakątkach północnej Norwegii. Obecnie pracuję w Bude (miejscowość oddalona o 500 km od Tromsø - stolicy biskupiej), gdzie w ciągu trzech dni pokonuję odległość 2000 km, by dotrzeć nawet do pojedynczych osób, żeby u nich w domu sprawować Eucharystię, by z nimi być, by im towarzyszyć.
Praca Misjonarzy Świętej Rodziny w Norwegii wygląda zupełnie inaczej niż w Polsce. Z tego, co mówisz, wynika, iż charakterystycznym dla tej posługi jest po prostu docieranie do ludzi.
Tu rzeczywiście poszukujemy ludzi i chcemy z nimi utrzymywać kontakt. Gdy go brakuje, wiele zainicjowanych „dobrych dzieł” najnormalniej w świecie się koń- czy. Wówczas ludzie ci pojawią się tylko wtedy, gdy będą potrzebowali posługi duszpasterskiej typu chrzest czy pogrzeb.
Jak oceniasz życie wiarą tych ludzi, których spotykasz się w koś- ciele?
Są to w głównej mierze ludzie, którzy przeszli na katolicyzm. Bardzo mało jest takich, którzy swe katolickie korzenie mają we własnej rodzinie. Norwegia jest krajem na wskroś protestanckim. Katolikami są tu przeważnie obcokrajowcy. Jeśli natomiast katolikiem jest Norweg, oznacza to, że najprawdopodobniej jest on konwertytą. Wielokrotnie jednak pokutuje dawne myślenie. Dla zobrazowa- nia: gdy jest piękna pogoda, frekwencja na niedzielnej Mszy świętej jest mizer- na, bo ludzie wybierają np. wyjazd na narty.
Są jednak i pozytywne symptomy. Jednym z nich jest choćby obecność ludzi na Mszy św. w sobotni wieczór. Innym pozytywnym symptomem jest fakt, że ludzie bardzo często zadają pytania dotyczące prawd fundamentalnych. Są dociekliwi. Muszę jednak powiedzieć, że Norwegowie mają problemy z abstrakcyjnym myśleniem. Prawdy wiary trzeba im tłumaczyć w sposób bardzo prosty. Nie zawsze jednak jest to takie łatwe czy wprost możliwe.
Wasza praca polega więc przede wszystkim na indywidualnym kon- takcie z ludźmi, na prowadzeniu dialogu z nimi oraz na ewangelizo- waniu. W jaki sposób te zadania podejmujecie?
Kontakt z ludźmi rozpoczynam od zwykłego dialogu zapoznawczego. Roz- mawiamy więc o życiu, codzienności... - by zacieśnić więź. Dopiero później, powoli, stopniowo, przechodzę do zagadnień ewangelicznych. Wyjątek stanowi postawa rozmówcy dającego wyraz zainteresowania się tematyką religii, wiary, moralności...
Czy w ramach parafii funkcjonują też mniejsze wspólnoty kościelne?
Mamy trudności z tworzeniem wspólnot znanych w Polsce pod nazwą: Oaza, Neokatechumenat czy Kościół Domowy. Podejmowane są jednak działania zmierzające w tym właśnie kierunku. Jako przykład może posłużyć działająca przy naszej parafii wspólnota kobiet, która obrała sobie za patronkę św. Elżbietą. Działalność tej grupy polega na modlitwie oraz wspólnej pracy podejmowanej na rzecz ludzi potrzebujących pomocy.
A jak wygląda praca z młodzieżą?
Muszę przyznać, że z młodzieżą trudno się współpracuje. Były już zresztą podejmowane próby utworzenia jakiejś grupy młodzieżowej. Młodzi jednak nie garną się do tego. Jeśli nawet przyjdą, jest to tylko niewielka garstka. U tej młodzieży nie widać jakiegoś entuzjazmu. Żyją w swoim świecie. Interesują się najbardziej tym, co przyjemne, przynoszące korzyści...
Nie tak dawno w Tromsø swój dom zakonny erygowały Siostry Karme- litanki z Polski. Jak to się stało, że Siostry te dotarły aż na północ Norwegii?
Inicjatorem tego pomysłu był Ks. Wojciech Egiert MSF, który podzielił się nim z Ks. Biskupem G. Goebelem MSF, a ten z kolei przeszedł do jego realizacji. Swoim wyborem takiej właśnie drogi życiowej Siostry Karmelitanki niejako zmuszają Norwegów do wielu przemyśleń. Karmelitanki po prostu szokują! Często słyszę: Jak to jest możliwe, aby młode kobiety zamknęły się w klasz- torze i - co więcej - były tak radosne!? Ci, którzy mieli częstszy kontakt z Siostrami, doświadczali tej niezwykłej atmosfery, wyczuwali u nich Bożego Ducha, widzieli, jak świadczą o Jezusie i Jego Ewangelii. Siostry Karmelitanki mają bardzo dużo przyjaciół wśród Norwegów. Wielu z nich prosi je o modlitwę. Pośród całej rzeszy proszących są również protestanci.
Większość Sióstr z Karmelu oraz pracujących w diecezji Tromsø Misjo- narzy Świętej Rodziny stanowią Polacy. Jak jesteście odbierani przez Norwegów?
Polacy są tu odbierani raczej pozytywnie. O Siostrach Karmelitankach mówiłem przed chwilą. O polskich księżach wyraża się tutaj z szacunkiem. Okazuje się, że udało nam się wejść w środowisko bardzo dobrze. Niektórzy dziwią się, że szybko nauczyliśmy się języka norweskiego, mimo iż jest to język trudny do opanowania. Słyszałem również bardzo pochlebną opinię o naszej pracy. Może takim wymiernikiem naszej pracy jest obecność wiernych na niedzielnych Mszach św. Po kilkunastu latach pracy w tej części Norwegii, przy jednoczesnej modlitwie tak wielu, zdecydowanie zwiększyła się frekwencja wiernych w koś- ciele.
Czy macie jakieś konkretne plany duszpasterskie na przyszłość?
Nie mamy jakichś wielkich planów. Naszym pragnieniem jest kontynuowanie tych wszystkich inicjatyw, które podejmowane są przez nas dotychczas. Pragniemy więc umacniać te grupy, które już działają, oraz docierać indywidualnie do ludzi, głosząc im orędzie Zmartwychwstałego Pana.
z Ks. Waldemarem
Staniszewskim MSF
rozmawiał Ks. Andrzej Pryba MSF
rozmawiał Ks. Andrzej Pryba MSF
![]() |
Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!
W końcu sierpnia ubiegłego roku wyjechałem do pracy duszpasterskiej w Norwegii. To bardzo ciekawy kraj, zróżnicowany pod względem przyrodniczym i krajobrazowym, z przepięknymi fiordami, wyspami, górami i lodowcami. Obec- nie mieszkam i pracuję w najdalej wysuniętej na północ diecezji katolickiej na świecie - diecezji Tromsø. Pracuje w niej pięciu polskich księży ze Zgromadzenia Misjonarzy Świętej Rodziny, jeden norweski ksiądz diecezjalny, jeden ksiądz z Niemiec, no i oczywiście Ks. Biskup.
Parafia, w której obecnie mieszkam, pracuję i uczę się języka norweskiego, ma swoją „siedzibę" w 40-tysięcznym miasteczku Bodo. Terytorialnie rozciąga się ona na długość prawie 800 km. Stąd do jednego krańca parafii trzeba płynąć promem ok. czterech godzin, natomiast do drugiego krańca jedzie się cały dzień samochodem, bo jest to ponad 500 km.
W tej parafii, oprócz mnie, pracuje wspomniany już wcześniej ksiądz norweski – T. Olsen i Ks. Günter z Niemiec. Cała parafia liczy ok. 650 wiernych, z czego ok. 300 osób, to Norwedzy, niewiele ponad 200 osób - Filipińczycy. Polaków, których dane znajdują się w księgach parafialnych, jest 58. Pozostali - to emigranci z różnych stron świata, którzy w Norwegii znaleźli się poszukując pracy, szczęścia, wolności...
Duszpasterze tej parafii obsługują 10 miejsc. W Bodo, Storfjordzie, Mo, Rana i w Mosjon są kościoły lub kaplice. W pozostałych miejscowościach wynajmujemy sale lekcyjne w szkołach. Staramy się, aby w każdym z tych miejsc była przynajmniej raz w miesiącu odprawiana Msza św. Częstsze spotkania są niemożliwe, bo przeszkodą są m.in. znaczne odległości pomiędzy tymi punktami. Codziennie Eucharystia sprawowana jest tylko w Bodo i Mosjon. Pomocą służą nam pochodzące z Anglii i Irlandi Siostry Dominikanki, których zadaniem jest także katechizacja i troska o kościół.
Ponieważ jestem Misjonarzem Świętej Rodziny, a pracuję poza wspólnotą, której dom jest w Tromsø, raz w miesiącu udaję się tam na dzień skupienia i spotkanie ze współbraćmi. Jest to okazja do wymiany doświadczeń, wskazówek dusz- pasterskich i czysto praktycznych, życiowych. Pytam bardziej doświadczonych Wspołbraci o to np. jak poradzić sobie z nocą czy dniem polarnym. Jest to też często okazja do pomocy w parafii Tromsø i sposobność do odwiedzenia Sióstr Elżbietanek i Karmelitanek.
Praca, choć trudna - szczególnie ze względu na warunki klimatyczne, duże odległości i pewne osamotnienie - jest tutaj ciekawa. Dużą radość sprawia mi to, że liczba katolików w tej parafii systematycznie rośnie i nawet wielu protes- tantów przechodzi na katolicyzm.
Serdecznie pozdrawiam i proszę o modlitwę.
Ks. Jan Tetzlaff MSF
![]() |
Jak ten czas leci! Niedługo Wielki Post, a później Wielkanoc. Bardzo mile wspominam czas spędzony pośród Was. Mimo że ciągle jestem zabiegany, wciąż szukam ścieżek prowadzących mnie i powierzanych mi ludzi ku Bogu...
Niewiele brakowało, a otrzymalibyście tylko pośmiertne wspomnienie o mnie. Było to w lutym. W Morombe zastał mnie cyklon. Po dwóch dniach oczekiwania postanowiłem wracać do domu. Odwieźli mnie do Tanandamu, miejscowości położonej nad rzeką Mangok, którą miałem przepłynąć łodzią i dalej na piechotę wrócić do domu. To w końcu tylko 20 km przez las. Na brzegu rzeki ujrzałem dwie łodzie. Na jednej z nich zobaczyłem uwiązaną krowę i czterech ludzi. Na drugiej - oprócz wioślarzy - nie było nikogo. Skierowałem się więc do nich. Ustaliliśmy cenę. „Proszę księdza, za kilka minut będziemy na drugiej stronie” – usłyszałem zapewnienie. Przed nami 3 km do przeciwległego brzegu groźnie wyglądającej wezbranej rzeki. Tu i ówdzie widać było toczące się z nurtem pnie drzew. Na „pokładzie” łodzi byłem tylko ja i dwóch przewoźników. Podniosła mnie na duchu świadomość, że nasza łódź ma także żagiel. Rzeczywiście, w ciągu kilku minut znaleźliśmy na środku rzeki. Gdy przepłynęliśmy najgroźniejszy pas wodny, w krótkim czasie z zachodu nadciągnęła chmura, zaczął padać deszcz i wiać silny wiatr. Nic nie było widać.
Nagle urywa się sznur przytrzymujący żagiel. Silny wiatr uniemożliwia całkowite odcięcie fruwającego żagla. Przytrzymujący go drąg zaczyna uderzać w łódź, która zrobiona jest przecież z bardzo miękkiego drzewa. Za chwilę ją przedziurawi - myślę. Dwaj wioślarze z plemienia Vezo, obyci przecież z łodzią, oceniają sytuację: jest źle! Możecie sobie wyobrazić moje samopoczucie. To już koniec - pomyślałem. Zaczynamy we trzech pleść sznurek z tego, co nam pozostało w ręku. Zniosło nas bardzo daleko. Świadomość pływających krokodyli i pora popołudniowa skłoniły mnie do myśli: czy wyjdziemy z tego cało? Wreszcie udaje się nam ponowne zainstalować żagle. Po 2 godzinach docieramy na drugą stronę. Jak się okazuje nie ma tu nikogo, kto zmierza w stronę Ankiliabo. Plecak mój, ważący ok. 30 kg, w większości załadowany jest lekarstwami. Ciągle pada. Szukam kogoś z wołami. W pobliskiej wiosce dobijam targu. Wołami zmierzam do Ankiliabo. Drogi nie widać, a ja często myślę o tym, co się dzieje z zawartością mojego przemokniętego do cna plecaka. Czy przede wszystkim wiezione tyle kilometrów lekarstwa nie ucierpiały. Po 4 godzinach docieramy do mostu. Tylko 2 km dzieli mnie od ciepłego łoża - myślę. A tutaj kolejna rzeka wylała! Nikt nie dostanie się do wioski. W rzece pełno krokodyli!
W końcu ludzie z Ankiliabo dowiedzieli się, że zmoknięty ksiądz jest po drugiej stronie rzeki i czeka na pomoc. Znalazło się dwóch śmiałków. Przepłynęli rzekę i zaproponowali mi swoje usługi. Świadomość, że całą noc mogę spędzić w zimnie, dodała mi odwagi.
Do mostu jest tylko 200 m, ale ten odcinek drogi trzeba przejść po szyję w wodzie. Zrobiło mi się ciepło. Przy samym moście był tak duży prąd, że trzeba było odpoczywać, chwytając się gałęzi drzew. Udało się! Spałem we własnym domu!
Chyba to był ostatni raz, gdy postanowiłem pokonać dłuższy dystans w porze deszczowej. Po dwóch dniach, też nie bez przeszkód, dostałem się do Namja. Nareszcie pora deszczowa poza nami. Niewiele było deszczu tego roku. Bardzo podrożał ryż i chyba nie za wiele będzie go tego roku.
Bóg Wam zapłać za wszelkie przejawy pomocy... Serdecznie zapraszam na Madagaskar! Pozdrawiam wszystkich Przyjaciół Misji, a szczególnie tych, z któ- rymi spotkałem się w Polsce. Szczęść Boże!
Ks. Jan Podgórniak MSF
P.S. Jak się później dowiedziałem, ludzie z Namja przypuszczali, że nie zostanę w Morombe, ale będę wracał (głupota!). Modlili się więc o mój szczęśliwy powrót. Łódź, na której była wspomniana krowa, rozbiła się. Utonęli wszyscy. Z czterech ludzi znaleziono dwa trupy. Pozostali popłynęli do morza.
![]() |
Niewielu Polaków zna Amerykę Południową, a jeszcze mniej z nich dociera do niezmiernie ciekawego kraju, jakim jest Chile. Kraj ten, rozciągający się na długość 4.300 km, ograniczony z jednej strony przez Ocean Spokojny, z drugiej zaś przez wiecznie ośnieżone wysokie szczyty andyjskie, zachwyca bogactwem piękna swej natury. Niesamowita różnorodność pejzaży rozpoczyna się tu w malowniczej, ale niemal całkowicie jałowej pustyni Atacama (na północy), biegnie przez dolinę środkowochilijską (ze stołecznym Santiago), przechodzi przez porośnięte bujną roślinnością pojezierze i kończy się na krajobrazach lodowcowych, które podziwiać można na południu Patagonii.
Wielu Chilijczyków, to potomkowie przybyszów z Europy. Mimo znacznej liczby imigrantów, tradycje rdzennych mieszkańców są żywe do dziś. Na północy żyją Indianie Aymara, uprawiający ziemię u podnóża gór andyjskich i hodujący alpaki i lamy. Na południu kraju wciąż żyją potomkowie dzielnych Indian Araukanow (Mapuche), którzy w XIX wieku długo opierali się chilijskiej ekspansji.
Do tego właśnie kraju, liczącego 15 mln mieszkańców, dotarłem we wrześniu 1998 roku. Kiedy zostałem proboszczem 100-tysiecznej parafii w Santiago de Chile, dość szybko udało mi się wejść w kulturę i mentalność Chiliczyków. W życiu tutejszych chrześcijan (70% z nich, to katolicy), tak jak w życiu wszystkich uczniów Chrystusa, niesamowicie ważnym okresem jest okres Wielkiego Postu, przygotowujący nas bezpośrednio do Świąt Zmartwychwstania Pańskiego.
Początkująca Wielki Post Środa Popielcowa pozwala nam wejść w atmosferę zadumy i modlitwy. Uświadamia nam, że czasem w życiu trzeba się zatrzymać choćby na chwilę, by przemyśleć swe postępowanie, pojednać się z Bogiem, z ludźmi, z samym sobą i podjąć odpowiednie decyzje życiowe. „Prochem jesteś i w proch się obrócisz... nawracajcie się i wierzcie w Ewangelię!" Towarzyszące liturgii Środy Popielcowej te słowa są brane na serio przez Chilijczyków. Wiedzą oni, że wraz z posypaniem popiołem ich głów coś nowego musi się zacząć. Wiedzą, że nastał czas pokuty i umartwienia.
Biorąc pod uwagę rzeczywistość ludzi mojej parafii i mając świadomość, że wielu z nich wraca z pracy po godzinie 20, posypanie głów popiołem powtarzam na wszystkich Mszach w I Niedzielę Wielkiego Postu. W ten to sposób wszyscy naprawdę mogą rozpocząć 40-dniową wędrówkę, prowadzącą do wielkanocnej radości.
Od wielu już lat, wraz z początkiem Wielkiego Postu, rozpoczyna się w całym Chile tzw. Wielkopostna Akcja Braterstwa. Na czym ona polega? Otóż w I Nie- dzielę Wielkiego Postu rozdaje się wszystkim rodzinom małą skrzyneczkę z tek- tury, zrobioną na wzór skarbonki. Przez cały okres wielkopostny rodziny starają się zapełnić swoje skarbonki, a w Wielkanoc przynoszą je, składając jako dar w Eucharystycznej Ofierze.
Sytuacja ekonomiczna wielu Chilijczyków jest bardzo skomplikowana, niemniej w tego typu sytuacjach zawsze stać ich na wyrzeczenia na rzecz bardziej cierpiących. W tym roku, podobnie jak w roku ubiegłym, celem akcji jest pomoc kobietom samotnie wychowującym dzieci.
Żyjąc w 5,5-milionowym mieście, będąc ciągle w biegu, ludzie z Santiago odczuwają niesamowite pragnienie rzeczy duchowych. Wiedząc zaś, że Wielki Post jest czasem szczególnej modlitwy i zadumy, w całej stołecznej archidiecezji organizuje się bardzo dużo rekolekcji i dni skupienia. W okresie tym, zwłaszcza zaś w Wielkim Tygodniu, wszystkie domy rekolekcyjne Santiago zapełniają się ludźmi głodnymi Boga. Parafie, w tym też i moja, na ogół w Wielką Sobotę organizują dzień skupienia, przygotowując się w ten sposób bezpośrednio do obchodów wielkanocnych.
Fenomenem religijnym w Chile jest też Niedziela Palmowa. Już od wczesnych godzin rannych ulice i place zapełniają się sprzedawcami palm. W czasie Mszy dosłownie wszyscy uczestnicy trzymają w ręku palmy. Celebracja zawsze rozpoczyna się na placu lub na jednej z przykościelnych ulic, gdzie - przy pięknie przyozdobionym, małym ołtarzu - gromadzą się tłocznie nieprzebrane tłumy wiernych. Tam też ma miejsce poświecenie palm, po czym - w procesyjnym korowodzie, z pieśnią na ustach - wkracza się do kościoła, gdzie przebiega dalsza część liturgii Niedzieli Palmowej.
Dla wszystkich mieszkańców Santiago Wielki Czwartek jest ostatnim dniem pracy. Zaczyna się święto! W mojej parafii o godz. 21 gromadzimy się przy nie- samowicie wykwintnie przyozdobionym ołtarzu, by celebrować Pamiątkę usta- nowienia sakramentów Eucharystii i Kapłaństwa. Każdego roku w ten dzień, na wzór Ostatniej Wieczerzy, przy stole Pańskim towarzyszy mi dwanaście osób, reprezentujących dwunastu Apostołów. Osoby te wybiera się wcześniej spośród przeróżnych grup pracujących w parafii, tak aby byli oni rzeczywistym odbiciem życia parafialnego. Po odczytaniu Ewangelii kapłan - podobnie jak to uczynił Chrystus - myje stopy wyżej wspomnianym osobom. Gest ten przypomina nam, że Chrystus nie przyszedł na świat po to, aby Mu służono, lecz aby służyć. Służba i miłość są słowami, które w pełni wyrażają sens nabożeństwa wielkoczwartkowego. Msza św. kończy się przeniesieniem Najświętszego Sakramentu do bocznej kapliczki kościoła, w której adorujemy Chrystusa obecnego wśród nas pod postacią Chleba.
Czasami można spotkać się z opinią, że niektórzy chrześcijanie bardziej czczą Chrystusa umarłego niż zmartwychwstałego. I jest w tym coś z prawdy. Odzwierciedla to fakt, że wiele osób Wielki Piątek obchodzi w sposób bardziej podniosły niż dzień Zmartwychwstania Pańskiego. Tutaj, w Wielki Piątek, przy czynnym uczestnictwie wiernych, odprawiana jest Droga Krzyżowa. Nabożeństwo to odprawiamy przemieszczając się tłumnie przez liczne ulice i place parafii. Potężny krzyż, niesiony na zmianę przez wiernych, zatrzymuje się przy kolejnych stacjach, przygotowywanych przez miejscowe rodziny. Po 2-2,5 godzinnym nabożeństwie procesja dociera do kościoła parafialnego, gdzie konty- nuuje się obchody wielkopiątkowych uroczystości.
W Chile w Wielką Sobotę nie ma poświecenia pokarmów, tak jak w Polsce. Tę polską tradycję podtrzymuję prywatnie tylko dla kilku pracowników polskiej Ambasady w Santiago. Wielka Sobota jest tu dniem skupienia.
O godz. 22 rozpoczyna się Wigilia Wielkanocna. Nabożeństwo wielkosobotnie praktycznie niczym nie różni się od nabożeństwa w Polsce. Tak samo jak i w na- szym kraju, liturgia rozpoczyna się na zewnątrz przed przygotowanym na tę okazję ogniskiem.
Jednym z ulubionych przez Chilijczyków momentów ceremonii wielkosobotniej jest poświęcenie wody. Po obrzędzie poświęcenia bowiem kapłan chodzi po całym kościele, błogosławi lud i hojnie kropi poświęconą wodę.
Jako ciekawostkę powiedzieć też trzeba, że większość Chilijczyków po nabo- żeństwie wielkosobotnim świętuje Zmartwychwstanie Pana w gronie rodzinnym. Na dobrą kolację składa się na ogół grill, dobre czerwone wino chilijskie i połączona ze śpiewem autentyczna radość, albowiem Miłość okazała się większa niż nienawiść, a Życie zwyciężyło śmierć.
W niedzielę Zmartwychwstania Pańskiego rano kościoły świecą pustkami pewnie dlatego, że praktycznie rzecz biorąc wszyscy wierzący uczestniczą w nabo- żeństwie Wielkiej Soboty, które kończy się po północy i po którym do wczes- nych godzin rannych spędzają czas w rodzinnej atmosferze. Dopiero w wieczor- nych Mszach świętych uczestniczą wielkie rzesze parafian, którzy już odpoczęli i pragną kolejne chwile swojego życia zawierzyć Zmartwychwstałemu Panu.
Każdy kraj ma swoją historię, swoje obyczaje i swoje tradycje, które trzeba szanować i zachowywać. Dlatego też misjonarz musi wejść w kulturę danego kraju, żyć z ludźmi i dla ludzi, aby przekazać przesłanie płynące z Ewangelii. Tak czy inaczej, czy to tu, czy tam - wszyscy należymy do tej samej rodziny, bo jeden jest Bóg, Pan świata i historii. Na całym świecie śmierć i zmartwychwstanie Jego Syna, a naszego Pana, Jezusa Chrystusa, czcimy poprzez obchody mi- sterium paschalnego.
Ks. Marek Burzawa MSF,
Santiago de Chile
![]() |
Witam i pozdrawiam! Kilka słów na gorąco, póki mnie jeszcze coś dziwi i wydaje się trochę inne niż w Polsce, bo być może za pół roku wszystko tu będzie dla mnie tak normalne, jak przysłowiowa „bułka z masłem”.
Dziś odprawialiśmy Mszę św. z Ks. Biskupem. Przyjechał do Ialibu, bo były tam rekolekcje dla „Legionu Maryi” z okazji 25-lecia istnienia tego ruchu. Naschodziło się tego ludu ze wszystkich bocznych stacji i z innych parafii, że hej, a przecież niektóre stacje są oddalone od Ialibu o kilka godzin marszu. Ale to nikogo z nich nie zrażało. Jedzenie zwoziliśmy z Ks. Darkiem kilka dni wcześniej. Niektóre stacje zbierały co mogły do jedzenia i później mieliśmy to tylko przewieźć do Ialibu. Trzeba powiedzieć, że zaangażowanie osób świeckich w tę akcję było bardzo duże. Każdego dnia inna grupa była odpowiedzialna za liturgię i wszystko sami przygotowywali. Oczywiście wtedy taka Msza trwa nieco dłużej niż nor- malnie, tzn. około dwóch godzin.
Ostatniego dnia, kiedy przyjechał Ks. Biskup, miała być Msza o 10.00. Nawet punktualnie zaczęliśmy procesję na wejście, tyle tylko, że procesja przeszła „bokiem" obok kościoła, zatoczyła ogromne koło i po pół godzinie już prawie byliśmy znowu przed kościołem. To jeszcze nic! W czasie długiej na ponad 200 metrów procesji wszyscy coś tam sobie śpiewali (każdy swoje), tańczyli i podskakiwali. Ks. Darek usprawiedliwiał to tym, że poprzedniego dnia ksiądz prowadzący rekolekcje miał kazanie o Duchu Św. Ale to jeszcze nic! Gdy mieliśmy jeszcze ze 100 metrów do kościoła, procesja nagle się zatrzymała. Przybiega jeden z liderów i informuje (mimo że wszystko było już dawno uzgodnione i przygotowane), że oni nie chcą mieć tej Mszy w kościele, bo jest ich dużo i się nie pomieszczą, że oni tę Mszę chcieliby mieć na dworze, w innym miejscu. Już sobie zacząłem wyobrażać ile teraz czasu zajmie nam przejście na to „inne miejsce”, skoro tutaj nam zajęło to ponad 30 minut. Wraz z Biskupem wybuchnęliśmy śmiechem. Ks. Darek, jako proboszcz, przekonał ich jednak, że się zmieścimy i że teraz już nic nie będziemy zmieniać. Po 10 minutach procesja ruszyła. Jeszcze z jakieś 10 minut i byliśmy już przy ołtarzu. Msza potrwała 3 godzinki. Później zaprosili wszystkich na „mumu”, czyli na wielkie żarcie.
Zrobiłem z tego kilka zdjęć. Gdy patrzyłem jak to „munu” wybierali z ogromnego dołka i przebierali, to już byłem najedzony, ale Ks. Darek pocieszył mnie, że na początku zawsze tak jest, ale później się wcina aż się uszy trzęsą. „Mumu” (dla jasności) przygotowuje się w ten sposób: najpierw wykopuje się dość głęboki dołek, na dnie którego układa się drzewo, a na nim kamienie. Następnie podpala się drzewo i rozgrzewa kamienie do czerwoności. Później wybiera się kamienie, dół wykłada liśćmi i odpowiednio przekłada warzywami, mięsem... i rozgrzanymi kamieniami. Tak przygotowane danie przykrywa się liśćmi i czeka jakieś 2 do 3 godzin. Po tym czasie jedzonko jest gotowe. Dla komfortu psychicznego lepiej nie oglądać jak je wykładają i jak podają do jedzenia, bo można w ogóle nic nie skosztować. Na moje nieszczęście coś z tego widziałem i na początku myślałem, że nie dam rady w ogóle tego przełknąć. Później próbowałem o tym nie myśleć, ale kiedy widziałem jak Biskup się zajada i mnie częstuje - zaryzykowałem. Przeżyłem! Gdyby to widział polski SANEPID, to koniec świata! Nawet nie potrafię sobie wyobrazić, co by na to powiedzieli i czy w ogóle znaleźliby jakiś przepis na określenie tego „przestępstwa”.
Pozdrawiam i do następnego razu!
Ks. Kazimierz Świderski
MSF
![]() |
Tak mogę powiedzieć, bo Panu Bogu nie można dyktować i stawiać swoich warunków. Można tylko marzyć, a On zrobi swoje. Jeśli się jedzie głosić Pana Boga, to bez wiary w cuda nie da się pracować. Na misjach, jak nigdzie indziej, doświadcza się Jego obecności. Cechą dziecka jest wielkie zaufanie do swoich rodziców. Jeśli się ufa, to ma się wszystko. A Boże dzieci mają wszystko. Ufającemu dziecku Pan Bóg może nie zaraz da cukierka czy wyśle gdzieś... Można sobie zakładać, że jak pojadę tam, to zrobię to czy tamto. Można sobie planować, że zbuduję to czy tamto. Po krótkim czasie przychodzą jak zimny prysznic słowa Pana Jezusa: „Beze mnie nie zdołacie niczego uczynić...” Tak, bez Niego nic, bo jesteśmy tylko „sługami nieużytecznymi". Będąc teraz na misjach uczę się każdego dnia więcej ufać dobremu Ojcu, a On sam już wszystkiego dokonuje. Ja tylko czasami się dziwię. Gdy po prawie rocznym przygotowaniu językowym przyjechałem na Papuę Nową Gwineę, wiele rzeczy mnie tutaj zaskoczyło i wiele rzeczy ciągle jest to dla mnie nowych. Oczywiście trzeba trochę czasu, aby to, co dla nas Polaków wydaje się czasami takie inne i wie- lokrotnie niezrozumiałe, przyjmować zupełnie normalnie, tak jak przeżywają to Papuasi.
Zostałem przydzielony do pracy w diecezji Mendi, położonej w zachodniej części Papui. Jest to górska prowincja. Co ciekawe, tereny te zostały odkryte dopiero 50 lat temu. To było wielkie zaskoczenie dla Australijczyków, kiedy jedna z ekspedycji badających te tereny wróciła do bazy oznajmiając: Tam żyją ludzie i jest ich naprawę dużo. Ta wyprawa doszła do Goroki, Ialibu, Mendi i Kagui. Kilkanaście lat później Papua odzyskała niepodległość (1975 r.). Po całej „oku- pacji" australijskiej wyspa kompletnie nie była przygotowana do podjęcia wszelkich zadań związanych z państwowością. Można powiedzieć, że w tej górskiej prowincji, pomimo wielu pozytywów, są jeszcze olbrzymie zadania do wykonania. Wiele zależy też od Kościoła i misji, która tu pracuje. Chodzi nie tylko o głoszenie Ewangelii, ale i o pracę z rodzinami, młodzieżą i dziećmi, o szkolnictwo którym zajmuje się rząd, ale tylko w małym stopniu. Pracujemy wraz z Kapucynami ze Stanów Zjednoczonych, ale ciągle potrzeba tutaj nowych rąk do pracy.
W pierwszym miesiącu mojego tutaj pobytu pojechaliśmy z Bratem Marianem i Siostrami Miłosierdzia do Kutubu, jednej z wielu outstations należącej do parafii Mendii. Z powodu bardzo kiepskich dróg, odległość mierzy się w PNG nie w kilometrach, lecz w godzinach. Do Kutubu było dokładnie 120 km. My jechaliśmy ponad 5 godzin. Gdy np. dojechaliśmy do mostu, który tylko z daleka przy- pominał normalny most, umieraliśmy ze strachu, czy damy radę przejechać na drugą stronę rzeki. Udało się. W Kutubu ludzie wyczekiwali nas już od rana. Kiedy przyjeżdża tu misjonarz, jest to zawsze dla wioski wielkie wydarzenie, gdyż jest to bardzo odległa stacja i ksiądz nie przyjeżdża tu zbyt często. Całą noc trwały więc przygotowania do Mszy św. Następnego dnia, bardzo wczesnym rankiem, popłynęliśmy na jedną z wysp, gdzie miałem odprawić Mszę św. Załadowaliśmy się do kanu i... w drogę. Wioska, do której dopłynęliśmy, wyglądała tak, jak z misjonarskich opowieści. Na środku stał wielki buszhaus, w którym mogą przebywać i mieszkać tylko mężczyźni. Kobietom nie wolno nawet tam wchodzić. Dookoła tego wielkiego buszhausu były usytuowane mniejsze „domki” - tylko dla kobiet. Kiedy ja spowiadałem ludzi, Siostry prowadziły katechezę dla dzieci. Msza trwała ze dwie godziny. Widać było wielkie zaanga- żowanie ludzi. Procesje na wejście, z Ewangeliarzem, darami... - wszystko było ładnie przygotowane.
Kutubu położone jest znacznie niżej niż Mendi, dlatego tam występuje malaria. Trzeba uważać na komary, zakładać długie spodnie wieczorem no i spać pod moskitierą. Dobrze jest też profilaktycznie dwa tygodnie wcześniej zażywać „chloroqin”. Ale mimo to doczepił się jakiś komar do mnie na początku Mszy. Cóż było robić. Trudno mi było go złapać. „Dorwałem" go dopiero na „Ojcze Nasz", a i tak zdążył mnie ugryźć. Mam nadzieję, że ten akurat nie przeniósł malarii.
Po Mszy była okazja do rozmów z ludźmi, którzy zawsze ciekawi są co też „pater” im powie. W drodze powrotnej jedna z Sióstr opowiadała o początkach chrześcijaństwa na PNG. Powiedziała, żebym się nie dziwił, bo ludzie ci mają jeszcze słabą wiarę. Chrześcijaństwo zagościło tutaj stosunkowo niedawno. Wtedy pomyślałem o naszych, polskich mszach, kiedy do czytania trzeba szukać „chętnych", a tu ci ludzie przygotowywali całą noc ceremonie, a o zaangażowaniu w to całej wioski nawet nie ma co mówić. Czasami taka prostota może zadziwić. My byśmy czasami chcieli, żeby z kościoła zrobić teatr, żeby wszystko było równo, dokładnie, żeby nikt się nie pomylił, nie przejęzyczył, a zapominamy o tej wewnętrznej intencji, o nastawieniu ducha do przeżycia spotkania z Panem Bogiem. Oni modlili się tak, jak potrafili najlepiej, i robili to naprawdę szczerze.
Następnego dnia z darami zebranymi od ludzi w postaci dużych kiści bananów i innych owoców wróciliśmy do Mendi ucieszeni i zadowoleni. Ta wyprawa i Msza zostanie mi długo w pamięci. Pozdrawiam serdecznie z Papui Nowej Gwinei.
Ks. Kazimierz Świderski
MSF
![]() |
Szczęść Boże! Tym staropolskim zawołaniem pozdrawiam wszystkich Przyjaciół Misji i tych, którzy modlą się lub w inny sposób wspierają misyjne dzieło Kościoła. Czasu niestety nie da się zatrzymać i ani się człowiek nie obejrzał, a już minął piąty miesiąc mojego tutaj pobytu. Chciałbym się z wami podzielić swoimi przeżyciami i wrażeniami z mojej pracy misyjnej.
„Na początku Bóg stworzył niebo i ziemię...” To pierwsze słowa zawarte w Piśmie świętym, opisujące stworzenie świata przez Boga. Później czytamy w nim „... wszystko co uczynił, było bardzo dobre". Misjonarze na PNG dodają - troszkę żartobliwie - dalszą wersję. Bóg po stworzeniu rodzaju ludzkiego odpowiednio porozmieszczał ludzi na ziemi, porozmieszczał również wszelkie bogactwa ziemi na różnych kontynentach. I tak jednych umieścił w Europie, innych w Azji, jeszcze innych w Ameryce... Kiedy Bóg prawie ukończył swoje dzieło zauważył, że zostało mu jeszcze wiele wszelkich bogactw po trochu. Nie namyślając się wiele, ulepił wielką wyspę blisko równika, nazwał ją „krajem rajskiego ptaka" i złożył wszystkie te skarby właśnie tam. Kiedy inni ludzie to zobaczyli, zaczęli pytać Boga: Panie Boże, dlaczego dałeś i złoto, i ropę, i gaz i inne bogactwa ziemi w takiej ilości właśnie tam? Nie mogłeś dodać część z tych dóbr nam? Mało tego. Ludzie, którzy tam będą żyć, naprawdę będą mieli zbyt dobrze. Nie będą musieli troszczyć się o opał w zimie, cokolwiek wsadzą w ziemię - wyrośnie w mgnieniu oka... Wyspa taka bogata, piękna jak z bajki, wspaniała przyroda, cały rok ciepło, lato przez 12 miesięcy... Dlaczego? Bóg tylko się uśmiechnął, po czym przemówił: Jeszcze nie wiecie jakich ludzi tam umieszczę!
To może troszkę obraźliwe w stosunku do Papuasów, bo sugeruje jakoby Papuasi nie potrafili nic z tych bogactw wykorzystać, ale faktem jest, że ten kraj był przez wiele stuleci jakby zapomniany przez inne kraje. Przykładem może być chociażby to, że pierwszy raz białego człowieka tutaj, w górskiej prowincji, zobaczyli Papuasi dopiero 50 lat temu. W tym czasie dotarło też chrześcijaństwo na te tereny, zupełnie inaczej niż na wybrzeżu, gdzie chrześcijaństwo przybyło dużo, dużo wcześniej.
W tym roku będziemy obchodzili jubileusz 50-lecia przybycia pierwszych misjonarzy do Southern Highlands. Życie toczy się tutaj powoli i pewnie jeszcze długo, długo trzeba będzie czekać na zmianę w świadomości tych ludzi pewnych systemów wartości. Do dziś obowiązuje tutaj coś takiego, jak kupowanie żony czy silna wiara w przodka. Na niektórych terenach występuje także „sanguma”, czyli szukanie złego ducha w osobach, które rzekomo miałyby się przyczynić do śmierci innej osoby.
To może brzmi trochę jak opowieści z jakiejś fantastycznej bajki, ale tak tu jest. Np. mam na swojej stacji jednego katechistę, który jest obecnie zawieszony w pełnieniu swoich funkcji, ponieważ żyje z kobietą, która ma być jego żoną, ale jeszcze nie zapłacił za nią odpowiedniej ceny. Normalnie chodzi do kościoła, modli się, ale nie może korzystać z sakramentów i nie może głosić katechez kiedy nie ma księdza na tej stacji. Cena za żonę - to kwota kilku tysięcy kina (miejscowa waluta porównywalna jest z wartością polskiego złotego, a nawet trochę bardziej jest w cenie, bo za 1 $ dostanie się tutaj 2,9 kina), oraz kilka- naście świń. Świnie w PNG są zwierzęciem bardzo cenionym. Nimi wykupuje się żonę, są środkiem płatniczym za wszelkiego rodzaju odszkodowania... Z byle powodu nie zabija się tu świń.
Tenże katechista musi jeszcze trochę poskładać pieniędzy i dorobić się kilku świń. Pomoże mu oczywiście w tym jego rodzina, jego wioska, ale i tak jest to dla niego spory wydatek. Żeby mógł zawrzeć sakramentalny związek małżeński, w naszej diecezji obowiązuje zasada, że żona musi być zapłacona i muszą mieć dzieci, bo to będzie znaczyło, że ten związek będzie związkiem trwałym. Gdy ureguluje te sprawy, znowu będzie mógł być katechistą.
To, co może wydawać się dziwne dla Europejczyków, w ogóle nie dziwi Papuasów. Dla nich jest to ich kultura i ich zwyczaje. Z chwilą przybycia na te tereny chrześcijan powstawać zaczęły pierwsze szkoły katolickie, które dawały możliwość kształcenia się. I choć nasze starania w tej materii są jak „kropla w morzu”, bo potrzeby są ogromne, to i tak jest to chociażby w jakimś stopniu wyjście tym ludziom naprzeciw. Bardzo słabo w PNG wygląda sprawa szkolnictwa i tak naprawdę, to gdyby nie Kościół Katolicki, szkolnictwo byłoby w opłakanym stanie, a podejrzewam nawet, że w niektórych rejonach nie byłoby tego w ogóle. Na terenach, na których pracujemy, jest bardzo wielu takich, którzy w ogóle nie potrafią czytać czy pisać, a ich „światem", ich „ojczyzną” jest najbliższa okolica. To dla nich organizuje Kościół specjalne szkoły, aby nauczyć ich choćby tylko czytania i pisania. Są to tzw. „Literacy school”, w których za elementarze służą stare gazety.
Chciałbym serdecznie podziękować wam za wszelkie modlitwy w intencjach misjonarzy. Naprawdę jest ona nam bardzo potrzebna. My ze swej strony staramy się odwdzięczać tym samym, składając przed Bogiem wasze sprawy i was samych. Nadal prosimy o to wielkie wsparcie i - jeśli można - prosimy o modlitwę w intencji nowych powołań kapłańskich i misyjnych, bo potrzeby tutaj są baaaaardzo duże. Na czas Wielkiego Postu życzę wam wszystkim spokojnego wyjścia na swoją „pustynię", by odnaleźć sens modlitwy, postu i lepszego zrozumienia siebie, a przez to zbliżenia się do Pana Boga. Po tym czasie oczyszczenia na pewno będzie można zobaczyć i zawierzyć pełniej Chrystusowi Zmartwychwstałemu, który powstał z martwych, byśmy my mogli żyć.
Z dobrymi myślami i modlitwą
Ks. Kazimierz Świderski
MSF
![]() |
I. Chrzest Pana Jezusa w Jordanie
Jeden z sekciarzy zatrzymał mnie, gdy wracałem z bocznej stacji. Wasz chrzest jest nieważny - powiedział. Wy, katolicy, nie chrzcicie poprawnie. Nie wchodzicie do wody, wasze grzechy wcale nie są zmyte. Polewacie tylko głowy, a grzechy są w całym ciele.
Wielu z tych ludzi nie rozumie istoty Chrztu Świętego. Często zatrzymują się tylko na widocznym, zewnętrznym znaku. Czasem ktoś z młodzieży przychodzi i mówi: Byłem już dwa razy chrzczony, ale jest szansa załapania się trzeci raz. Dają białą koszulę, czarne spodnie, a nawet i buty.
Jest jeszcze wiele pracy na tym „poletku”, aby można było kiedyś zebrać czysty plon.
II. Objawienie się Pana Jezusa na weselu w Kanie Galilejskiej
Nie widziałem cię już cały miesiąc w kościele - powiedziałem do spotkanego na targowisku katechety, który sprzedawał banany. Odpowiedział mi: Tyle razy się modliłem, ale jeszcze nigdy Pan Bóg mi nic nie dał i wcale Go nie widziałem.
Przyszedł po dwóch miesiącach, gdy zachorowało mu dziecko. Domagał się, wręcz żądał cudu, krzycząc na Pana Boga.
Wiara wystawiona na próbę często nie zdaje egzaminu w życiu tych ludzi. Po jednym lub drugim bolesnym życiowym doświadczeniu przechodzą do sekt, gdzie słyszą głośne zapewnienie: Przyjdź do nas, a zobaczysz cud!
Brak solidnego gruntu dla wiary, płytkość, mizerność, połowiczność. Wiele jest jeszcze tutaj do zrobienia.
III. Głoszenie Królestwa Bożego i wzywanie do nawrócenia
Wracałem do głównej stacji misyjnej po trzech sprawowanych Eucharystiach w bocznych stacjach. Przejeżdżając obok jednego z lokalnych kościołów dostrze- głem grupę mężczyzn, dla których głównym zajęciem w niedzielę było granie w karty na pieniądze. Ktoś z tych „zapracowanych” krzyczał w moim kierunku: To szatan, biały kłamca, wynoś się stąd, nikt cię tu nie potrzebuje!
Czasem można spotkać takich, którzy chodzą po targowisku z Pismem Świętym w tylnej kieszeni, innych wzywają do nawrócenia, zerwania z grzechem, życia po Bożemu, ale sami zazwyczaj tego nie praktykują.
Jedynie przykład, dobry przykład może coś tutaj zmienić na lepsze.
IV. Przemienienie Pana Jezusa na górze Tabor
Przyszedł do mnie kiedyś ojciec z trójką dzieci i powiedział, że chciałby zostać katolikiem. Pytam: Dlaczego chcesz być katolikiem? Nasz pastor - mówi - ma trzy żony, a ostatnio wziął całą tacę z kościoła, wyjechał do innej prowincji i nie pokazuje się. Po prostu uciekł.
Czasem ktoś naprawdę chce zmienić swoje życie, chce się przemienić w lepsze- go człowieka, bo widzi, że to, co jest obok, nie jest tym, co powinno być najważniejsze w jego życiu. Każdy z nas potrzebuje jakiegoś przemienienia, tęskni za zmianą na lepsze.
V. Ustanowienie Eucharystii
W Papui Nowej Gwinei Msza święta trwa często dwie, trzy godziny. Śpiewy, procesje, przedstawienia teatralne w czasie Mszy Świętej. Wszystko to w opra- wie kolorystycznej, kwiatach, ubraniach z traw - aż dusza śpiewa. Wtedy nie czuje się zmęczenia.
Są jednak także inne dni. Pojechałem do jednej z bocznych stacji misyjnych. Niestety droga była nieprzejezdna i trzeba było parę godzin iść pieszo. Gdy przyszedłem na miejsce nieco spóźniony, nie zastałem już nikogo. Jeden z lide- rów, którego spotkałem koło kościoła, poinformował mnie, że wszyscy już poszli, bo w wiosce odbywa się sąd. Eucharystię sprawowałem tylko z nim, po cichu, bez śpiewu..., po prostu smutno. Czasem dla nich jest coś ważniejszego niż Msza Święta w niedzielę.
Ks. Bogdan Cofalik MSF
= = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = =



